Sobota, 16 stycznia
Imieniny: Waldemara, Włodzimierza
Czytających: 9573
Zalogowanych: 8
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Jelenia Góra: Jak nie oblać matury - jelonkowy felieton tygodniowy

Piątek, 5 maja 2006, 0:00
Aktualizacja: Czwartek, 11 maja 2006, 12:28
Autor: TEJO
Jelenia Góra: Jak nie oblać matury - jelonkowy felieton tygodniowy
Fot. Archiwum
Należę do maturzystów, którzy mieli pięć godzin, aby napisać wypracowanie z języka polskiego podczas egzaminu dojrzałości. Tematu nie pamiętam, ale poszło nieźle. Co prawda wychowawczyni oblała moją pracę zawartością szklanki w postaci herbaty. W pocie czoła przepisywałem. I jeszcze mnie ochrzaniono, abym nie skreślał.

Choć ranga tego egzaminu jest coraz niższa, we wspomnieniach wszystkich, którzy go zdawali, pozostaje przeżyciem niezapomnianym. Jawi się jako horror, że aż strach się bać. Śni się w snach koszmarnych. A za pozytywne przejście tej próby człowiek chce dać wszystko.
Klasowy kolega nawet ofiarował wypastowanie swoim garniturem podłogi w pokoju nauczycielskim w zamian za trójkę (dwójka za naszych maturalnych czasów równała się dzisiejszej jedynce).

Byliśmy pionierami w tamtejszych nowoczesnych metodach ściągania. Nie chciało nam się przepisywać notatek, to skorzystaliśmy z właśnie otwartego, jedynego w Jeleniej Górze, punktu ksero przy Podwalu. Czarodziejsko skopiowane fiszki z historii misternie ułożyliśmy w zgrabne harmonijki, które bez żadnych kłopotów udało się przemycić do auli tortur.

Ze ściąganiem było już gorzej. Osobiście nie próbowałem, choć mogłem. Pierwszy z moich ściąg skorzystał nauczyciel, który chciał prosto ułożyć bałaganiarsko położone na stole arkusze A-4 (w kratkę i opieczętowane stemplem szkoły). Przy okazji rozwinęła mu się taka skserowana harmonijka. Zdębiał, a oczy zza grubawych okularów niemal wyszły mu z orbit.
Od razu uświadomiłem mu szeptem teatralnym, że – panie profesorze! nie piszę na żaden z tematów, które są na ściagach!
Pokiwał głową, ściągę skonfiskował.

Nie wiem, czy wiedziony instynktem, podszedł do maturalnego kompana i dokonał harmonijnie tego samego odkrycia. Afery na szczęście nie rozpętał, choć mógł. I za to panu profesorowi dziękujemy!
Z historii dostałem naciąganą trójczynę, polski zdałem na piątkę. Mimo zalania pracy herbatą i obaw, że poszło beznadziejnie.

Gdybym był dziś maturzystą, to chyba bym zwariował, mimo że tematy zaprezentowane przez Centralną Komisję Egzaminacyjną nie są najtrudniejsze. Zabrano by mi telefon komórkowy, nie miałbym jak przemycić ściągi ze ściągniętych wcześniej z Internetu tematów, dat, nazwisk, zagadnień i wypracowań.
No i nie doświadczyłbym tego przeżycia związanego z zalaniem gorącym płynem mojej pracy. Bo dziś na maturze nie można wypić nawet soczku, nie mówiąc o herbacie. Siusiu też nie można zrobić, chyba że ma się zaświadczenie lekarskie. I męczyłbym się niemal cały miesiąc z przeplatanką egzaminów: a to ustnych, a to pisemnych. Może bym oblał? Nie wiem.

Wiem, że tamta matura sprzed lat była podobnie stresująca jak ta dzisiejsza. Pisemne: polski i historia. Ustne: propedeutyka nauki o społeczeństwie (tak koszmarnie nazywała się wówczas dzisiejsza wiedza o społeczeństwie), historia (też poszło nieciekawie, ale zdałem), francuski oraz polski.

Po egzaminach poszliśmy do herbaciarni „Marysieńka” przy ul. Matejki na piwo. To nie żart, bo właśnie tam można było się napić lwóweckiego rycerskiego. I herbaty przy okazji też. Lokalu nie kontrolowała Milicja Obywatelska. Zresztą byliśmy grzeczni.

W radiu i telewizji krzyczeli, że Piasecki, taki kolarz, wygrywał etap za etapem w Wyścigu Pokoju. A gdzieś w tle media radziły picie płynu Lugola po kwietniowej katastrofie elektrowni atomowej.
To był piękny i gorący maj. Pogoda popsuła się w czerwcu. Dzień po wręczeniu świadectw dojrzałości, które i tak trzeba było oddać do wysłania na adres wybranych przez maturzystów wyższych uczelni, zaczął lać deszcz. Kserokopii nie przyjmowano.

Czytaj również

Komentarze (4) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group