Kowary: Uwięzieni na torach i bluzgający dróżnik w Kowarach
Czwartek, 8 stycznia 2026, 1:54 Autor: RaZ
fot. z: "Katastrofy i Wypadki Kolejowe pod Karkonoszami"
Poranek w Kowarach mógł skończyć się prawdziwą katastrofą. Jeden szlaban, jeden kierowca, jeden dróżnik i 25 pasażerów – wystarczyło kilka sekund nieuwagi, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ta historia, choć jest sprzed ponad sześćdziesięciu lat, to wciąż budzi dreszcze.
Był piątek, 20 listopada 1959 roku, tuż przed szóstą rano. Kierowca autobusu „Karosa” wraz z 25 pasażerami wjeżdżał na przejazd kolejowy w Kowarach, nie wiedząc, że kilka sekund dzieli go od tragedii.
Scena, która wydarzyła się tamtego poranka, zapisała się w pamięci wszystkich uczestników i później trafiła do książki Szymona Wrzesińskiego i Justyny Kość „Katastrofy i Wypadki Kolejowe pod Karkonoszami”.
Niespodziewanie przed maską pojazdu opadł szlaban, zmuszając kierowcę do nagłego hamowania.
Zaskoczenie szybko przerodziło się w przerażenie, gdy nadjeżdżająca lokomotywa dała o sobie znać gwizdem, a drugi opuszczony szlaban odcinał drogę ucieczki.
Dopiero w ostatniej chwili, dzięki włączonemu klaksonowi i krzykom pasażerów, dróżnik zareagował i podniósł barierę, ratując kierowcę i podróżnych przed wypadkiem.
To jednak nie koniec historii. Na wybuch zdenerwowania kierowcy i pasażerów szlabanowy Marcin K. odpowiedział stekiem obelg i przekleństw. Co więcej, zadzwonił do kolegi w Krzaczynie, aby „za karę” zatrzymał autobus na kolejnym przejeździe kilka minut przed szlabanem, mimo że żaden pociąg już tamtędy nie jechał.
Chwile grozy na przejeździe kolejowym w Kowarach zapadły w pamięć nie tylko pasażerom, ale i samemu dróżnikowi, który później znalazł się w centrum postępowania prowadzonego przez prokuratora.