Polub Jelonkę:
Czytaj także: Wałbrzych Świdnica
Sobota, 17 stycznia
Imieniny: Antoniego, Jana
Czytających: 15908
Zalogowanych: 85
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Jelenia Góra: Mama na zakręcie (1)

Niedziela, 27 stycznia 2019, 10:45
Aktualizacja: 12:54
Autor: Angelika Grzywacz– Dudek
Jelenia Góra: Mama na zakręcie (1)
Fot. Angelika Grzywacz– Dudek
Jesteś mamą, i odkąd Twoje dzieci pojawiły się na świecie, świat stanął na głowie, huśtając twoimi emocjami i nastrojem od ściany do ściany? A Ty musisz grać rolę opanowanej mamy, żeby dawać latoroślom dobry przykład, a sąsiedzi i rodzina nie wzięli cię za wariatkę? Jeśli znacie to uczucie, to właśnie dla Was drogie mamy zaczynam cykl artykułów o „kolorowym macierzyństwie”, opisywanym z przymrużeniem oka, by tak jak w Rodzince.pl, nawet na trudne sprawy, spojrzeć czasami przez różowe okulary i z uśmiechem. Tym razem tematem jest przedszkole.

Kiedy wspomnę tegoroczny wrzesień, to blady strach wraca na moją twarz. Obrazek zapłakanego dziecka, odklejanego od matki przez przedszkolankę na długo zapada w pamięci. Zwłaszcza rodziców, prowadzających swoje pociechy do placówki po raz pierwszy. Każdego ranka maluch nie może nic przełknąć i od przebudzenia płacze, że chce zostać w domu, a matka z rozdartym sercem powtarza sobie w głowie, że to dla jego dobra.

Pamiętam, że wychodziłam z przedszkola i widziałam innych rodziców, którzy z głową skazańca szli do aut, by tam zapalić nerwowo papierosa i dymem, niczym szamani, rozgonić wyrzuty sumienia. Mam też przed oczami koleżanki, które ze współczuciem poklepują się po ramieniu, przytulają się przed przedszkolem i płaczą razem, jak po wielkiej rodzinnej tragedii. Pamiętam też postawnego mężczyznę w typie kulturysty, który ocierając łzy ostatni raz spoglądał na budynek, w którym zostawił przed chwilą ukochaną córeczkę, po czym kopał koła swojego wypasionego wozu, wsiadał do niego i odjeżdżał z piskiem opon, zapewne do pracy. Pamiętam też, że zastanawiałam się wtedy, czy natychmiast nie zabrać dziecka i nie wrócić z nim do domu. Ale nie… jeszcze dzień, jeszcze dwa i będzie dobrze – tak sobie powtarzałam. A kiedy wracałam, większość dzieci bawiło się zupełnie nie myśląc o swoich rodzicach. Tylko mój szkrab siedział na krzesełku przy drzwiach i czekał na mamusię.

Nie bawiłem się z dziećmi i nic nie jadłem, tylko siedziałem przy oknie, płakałem i czekałem na ciebie – mówił mi codziennie synek na przywitanie. Wtedy moje serce rozpadało się na tysiąc części i tak od poniedziałku do piątku. I znów od poniedziałku, aż któregoś razu przyszłam do przedszkola wcześniej, niż zwykle i oczom nie mogłam uwierzyć. Mój maluch siedział przy stoliku i wcinał jakąś zupę. Nie wierzyłam. Stałam tam i płakałam ze szczęścia. Zadzwoniłam do męża.
Nie uwierzysz… - Jest aż tak źle? To zabieraj go stamtąd - przerwał mi w pół zdania. - Nie, nie jest źle. On siedzi i je z innymi dziećmi obiadek. - To super. No, ale dlaczego ty płaczesz? – pytał zdziwiony.

Nie odpowiedziałam, bo przecież mężczyzna i tak nie zrozumie kobiety. Rozłączyłam się i czekałam, co będzie dalej. Chwilę później okazało się, że mój maluch po obiadku świetnie się bawi z rówieśnikami. Uszczęśliwiona podchodzę do synka, a on mi na przywitanie: Nic nie jadłem, nie bawiłem się z dziećmi, tylko siedziałem, płakałem i czekałem na ciebie. Zdębiałam i chwilę później przypomniałam sobie pewien dowcip: Mama wiezie dziecko do przedszkola i mówi do niego: Jasiu, dzisiaj spieszę się do pracy, więc proszę, by nie było żadnego płaczu w szatni ani godzinnego pożegnania, na co maluch odpowiada: dobrze mamo, już dawno miałem ci powiedzieć, że to co robisz w szatni mnie trochę męczy, ale wierzę, że dzisiaj uda ci się wyjść z przedszkola bez mazania i nie będziesz mi się rzucała po trzy razy na szyję. I olśniło mnie. No tak. To ja stworzyłam sobie obraz nieszczęścia dziecka, a w tym czasie mój pierworodny dobrze się bawił i wiedział, że magiczna regułka „nie bawiłem się z dziećmi, nic nie jadłem i tak dalej, jest tylko przepustką do worka prezentów i pozwolenia na robienia w domu co będzie chciał. Ech, taki mały, a taki sprytny. Taka stara, a taka głupia

Teraz codziennie rano od poniedziałku do piątku słyszę od mojego trzyletniego synka pytanie, czy zawsze po niego przyjdę. Jak zacięta płyta odpowiadam, że tak, bo bardzo go kocham. I chwilę później zaczynają się negocjacje.

A przyjdziesz po mnie kiedy będziemy spać? – pyta mój pierworodny. - Przyjdę, kiedy tylko skończę pracę… - A skończysz dzisiaj wcześniej? – kontynuuje moje szczęście z uporem matki i ojca razem wziętych. - Nie wiem, czy mi pozwoli na to pracodawca – odpowiadam spokojnym, ciepłym głosem. - A porozmawiasz z nim, że chciałabyś dzisiaj wyjść szybciej po swojego synka do przedszkola? - Tak, porozmawiam. - A jak ci nie pozwoli, to przyjdź po podwieczorku, albo najpóźniej, jak będziemy się bawić, ale przed babcią Aronka (najlepszy kolega mojego synka). - Pamiętaj! Dajesz słowo - dodaje mój synek głosem stanowczego szefa. - Dobrze. Daję słowo! - przytakuję szybko, by skończyć tą trudną rozmowę. Ale nie. Moje dziecko zawsze musi mieć ostatnie słowo. - Ale pamiętaj, słowo to słowo - masz być przed Aronkiem!

No cóż… sama próbuję nauczyć malca, że słowo to słowo, więc zawieść nie mogę. I kiedy mam z pracy wybiec o 14.30, by dobiec do przedszkola tuż przed babcią Aronka, nagle jak na złość zawsze pojawia się tysiąc telefonów i spraw, które muszę załatwić na cito. A to ktoś wejdzie ze sprawą niecierpiącą zwłoki, albo chce o coś zapytać, albo się na coś pożalić. A tu babcia Aronka, wychodząca z domu dokładnie o 14.30, coraz bliżej przedszkola. W końcu udaje mi się spakować rzeczy i lotem błyskawicy gnam do przedszkola modląc się, by babcia Aronka spotkała po drodze jakąś sąsiadkę i dała mi możliwość dotarcia do synka wcześniej.

Biegnę do auta, a potem z auta do przedszkola, z przedszkola po schodach na górę do sali mojego synka i zdyszana, niczym ofiara goniona przez lwa, pytam pani na korytarzu, czy Aronek jeszcze jest. A Pani Dorotka mi na to: Tak. On dzisiaj będzie do 17.00. Oszołomiona biorę głęboki oddech. Uśmiecham się szeroko, wchodzę do sali i widzę jak mój szkrab bawi się z kolegą w najlepsze. Wołam go, mocno się do niego przytulam i mówię, że go kocham, a on mi na to: dzisiaj nic nie jadłem, nie bawiłem się, tylko siedziałem przy oknie, płakałem i czekałem na ciebie. No tak, myślę w duchu, ale i tak Cię kocham, ty mały szantażysto.

Twoja reakcja na artykuł?

16
94%
Cieszy
0
0%
Hahaha
1
6%
Nudzi
0
0%
Smuci
0
0%
Złości
0
0%
Przeraża

Ogłoszenia

Czytaj również

Sonda

Jaki masz stosunek do zbiórek, akcji charytatywnych?

Oddanych
głosów
534
Staram się pomagać wszystkim
31%
Pomagam tylko osobom, które znam
35%
Nie biorę udziału w taki akcjach
34%
 
Głos ulicy
Do dziś lubię marchewkę – przypomina mi dzieciństwo
 
Warto wiedzieć
15 błędów zimowej jazdy, które niszczą silnik
Rozmowy Jelonki
Zwierzęta boją się huku petard 100 razy bardziej niż człowiek
 
Pogoda
Wracają ujemne temperatury
 
Kilometry
Czy można przejeżdżać przez skrzyżowanie na pomarańczowym świetle?
 
Karkonosze
Śmierć za śmiercią na Śnieżce
 
Teatr im. Norwida
Orwellowski „1984” na scenie Teatru Norwida
Copyright © 2002-2026 Highlander's Group