• Poniedziałek, 21 października 2019
  • Godz. 12:49
  • Imieniny: Urszuli, Hilarego, Jakuba
  • Czytających: 6458
  • Zalogowanych: 20
  • Niezalogowany | Zaloguj | Rejestracja

Mama na zakręcie (2)

Wiadomości: Jelenia Góra
Niedziela, 3 lutego 2019, 6:01
Aktualizacja: 9:24
Autor: Angelika Grzywacz– Dudek
Fot. Angelika Grzywacz- Dudek
Zapraszam do lektury kolejnego artykułu z cyklu Mama na zakręcie, w którym z przymrużeniem oka spoglądamy na piękny, ale i czasami trudny czas, w którym nasze życie wywracają do góry nogami nasze małe dzieci. Tym razem pod lupę bierzemy „Kącik dziecka”.

Jeszcze pięć lat temu dokładnie widziałam, jak będzie wyglądał mój dom z dziećmi. Kilka przeczytanych książek przygotowujących mnie do roli mamy wyraźnie dało mi do zrozumienia, że nie będzie łatwo. Wiedziałam jednak, co zrobić, by nie było „aż tak ciężko”, jak opowiadały mi wówczas moje koleżanki – już mamy.

Recepta była we wszystkich przeczytanych przeze mnie pozycjach: wystarczy wyznaczyć sobie zasady oraz cele i konsekwentnie się ich trzymać. Nic prostszego. A więc jeszcze pięć lat temu wiedziałam, że w moim domu miejscem mojego dziecka będzie jego pokój. Bez żadnych ustępstw, bo inaczej - jak opowiadały moje „koleżanki już mamy” - dom zamieni się w jeden wielki plac zabaw. Wiedziałam też, że nie będzie w moim domu żadnych wózków, a dziecko będzie zasypiało i spało wyłącznie w swoim łóżeczku, o ustalonych przeze mnie porach. Wiedziałam, że będzie czas dla dzieci, ale i dla mamy, bo „tylko szczęśliwe, wypoczęte i spełnione mamy mogą dać swoim pociechom pełnię szczęścia”. Więc wszelkie zbędne poświęcenia nie wchodziły w grę. Tylko ja, mój mąż i nasze szczęśliwe dziecko. Wiedziałam, że mój świat będzie od czasu narodzin mojego pierworodnego podporządkowany dziecku, ale bez przesady. W końcu liczą się zasady i z nimi można wszystko.

Nie wiem, jak to się stało, ale wszystko się zmieniło pewnego roku, w pewien Dzień Matki. Wówczas dostałam od życia najwspanialszy prezent jaki mogłam sobie wyobrazić. Urodził się mój syn pierworodny. No i się zaczęło…

Po powrocie ze szpitala okazało się, że maluszek wcale nie ma ochoty spać w swoim łóżeczku, za to chętnie przesypia całe godziny na rękach. Wystarczyło jednak go odłożyć i zaczynał się histeryczny płacz połączony z utratą oddechu, a z tym nie dało się już polemizować. Do domu wprowadził się więc wózek na resorach, który dawał nam dość rzadkie, ale jakże wyczekiwane momenty wytchnienia. - Jeśli nie chcesz spać w swoim łóżeczku, to może chociaż w wózeczku ci się spodoba – mruczałam do malca trzepiąc wózkiem i jeżdżąc nim całą szerokością kuchni i przedpokoju.

A mój malec milczał… do czasu kiedy nie przestawałam jeździć i bujać. Trzy pierwsze miesiące próbowałam się bronić, ale z czasem było tylko gorzej… Więc skapitulowałam. I zacytowałam niczym inwokację powtarzaną myśl przewodnią każdej z przeczytanej książki: „przecież każde dziecko jest inne, moje widocznie potrzebuje bliskości”. Z dziecięcego łóżeczka mój pierworodny przeniósł się do mojego łóżka, za to emigrował z niego mój mąż. Taka zamiana…

No cóż, czasami trzeba się poświęcić – myślałam wtedy wierząc naiwnie, że za chwilę wszystko wróci do normy. Jednak z czasem okazywało się, że nie wróci, nie za chwilę, i że te normy, to pojęcie względne.

W rzeczywistości z czasem było coraz ciekawiej. Mój salon zaczynał się powoli zmieniać w plac zabaw z tysiącem wszechobecnych zabawek, a kiedy malec zaczął siedzieć i świadomie korzystać z uroków kąpieli, to i łazienka przestała przypominać pomieszczenie dla dorosłych ludzi. Kolorowe naklejki były powodem do godzinnych zachwytów i dyskusji o „agugugu”. Na grzejniku i nad przewijakiem pojawiły się balony, do ćwiczenia koordynacji wzrokowej i ogólnego radosnego rozwoju malca. A sterty prania i pieluch – tu proponuję Nobel dla wynalazcy pampersów – coraz bardziej okalała mnie z każdej strony nie dając szans istnienia tym teoriom o „wypoczętej, szczęśliwej i wyluzowanej mamie”. Kiedy na wizytę domową przyszła ani pielęgniarka środowiskowa i zapytała mnie czy „dziecko ma w domu swój kącik”, niemal nie zabiłam jej wzrokiem.

A czy widzi Pani gdzieś kącik dla mojego dziecka? – zapytałam uśmiechając się najdelikatniej jak potrafię…
- Nie jestem pewna, a muszę to zaznaczyć w dokumentach… - odpowiedziała mi niepewnym głosem pani pielęgniarka. - Hmmm – zapraszam zatem do sypialni – powiedziałam prowadząc panią do pokoju wyścielonego po brzegi pluszakami. Teraz zapraszam do łazienki (ubranej w kolorowe naklejki pokrywające niemal wszystkie kafelki na wysokości pół metra od ziemi i balony jak po udanym przyjęciu urodzinowym wszystkich domowników na raz). Czy teraz jest pani pewna? – zapytałam najuprzejmiej… - Ale mi chodzi o kącik dziecka – powtórzyła pani pielęgniarka.

Nie wytrzymałam, mimo świadomości, że wybuchnąć też nie mogę.

Cały nasz dom proszę pani jest jednym wielkim kącikiem mojego dziecka, w przedpokoju stoi wózek, w sypialni mamy stos pluszaków i syn śpi na całej szerokości małżeńskiego łóżka. W salonie na kanapie jest kolejne tysiąc zabawek, w kuchni meble poobklejane są kolorami samochodzikami, zwierzątkami i … (tu ugryzłam się w język do bólu). W łazience - jak widać - też jest plac zabaw. No może tylko pokój dziecięcy, jakby rzeczywiście mniej przypomina miejsce dla dziecka, ale to się zmieni (dodałam szybko). Zmieni się jak tylko maluszek zacznie świadomie się bawić. Wówczas na pewno będzie tam spędzał więcej czasu i bardziej przystosujemy go do potrzeb dziecka, bo teraz to … spojrzałam raz jeszcze do środka i zamilkłam.

Z pokoju dziecka zrobiliśmy sobie z mężem składzik: stało tam jakieś biurko, przy którym czasami oszukiwałam siebie, że będę pracować, mimo że za każdym razem kończyło się tak samo: otwierałam laptopa i dziecko podnosiło wrzask, jakby to była reakcja łączona z oblewaniem go wrzątkiem. Była tam też deska do prasowania, kartony po zabawkach i z ubrankami… i wiele, wiele innych rzeczy.

Jednak, żeby nie było, dotrzymałam słowa danego pani pielęgniarce. Gdy syn skończył dwa lata, a na świat miał przyjść mój drugi skarbek, wszystko się zmieniło. Tak, jak pięć lat temu zaplanowałam, tak zrobiłam. Od tego czasu mój synek ma swój pokój: magiczny, ciepły, radosny, z gwiazdeczkami na suficie, z łóżeczkiem w kształcie samochodu, z regałem na zabawki i książeczki, z magnetofonem z Minionkami, ze zdjęciami z pierwszych i kolejnych dni życia… wszystko dokładnie tak jak chciałam. Nie zmienił się jednak jeden drobiazg… nadal dzieci śpią ze mną w sypialni, z łazienki nie zniknęły naklejki, z salonu nikt nie wyniósł pluszaków i tylko zabawek jest trochę inna ilość, bo teraz już pomnożona razy dwa…

Nic nie pozostało natomiast z mojej wiary, że z czasem wszystko się zmieni. Wiem już, że „kącik mojego dziecka , a nawet dzieci”, jest w całym moim, bo przecież już „naszym” domu. Jednak w dobrym nastroju trzyma mnie złota myśl, że „dobre mamy, mają klejące podłogi, pomalowane i poobijane ściany, stosy zabawek na każdym kroku, sterty prania i prasowania… oraz szczęśliwe dzieci”.

Twoja reakcja na artykuł?

16
80%
Cieszy
0
0%
Dziwi
1
5%
Nudzi
0
0%
Smuci
0
0%
Złości
3
15%
Przeraża

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (6) Dodaj komentarz

~Sarna 3-02-2019 9:06
Mimo szczerych chęci próbowałam przeczytać do końca. Nie da się. Poległam.
~Ja 3-02-2019 12:39
do: ~Sarna (9:06)
Ja nawet nie podejmuje próby
~naiwniacy 3-02-2019 10:12
i po co takie badziewie tu wklejacie?pozniej sobie mloda jakas czyta i wyobraza sobie jakie to pieklo jest z dziecmi, a tak wcale nie jest. Rozmnazajmy sie bo nas islam wygryzie
~Janowice 4-02-2019 7:58
Świetny tekst, fajnie napisane i z humorem. Przyjemnie się czyta :)
~Nkd 4-02-2019 22:39
Z przyjemnością się czyta... uśmiałam się...nie ma co...:)
~I hope 14-02-2019 16:10
Ja bym też krzyczała, jak to dziecko,gdybym musiała w takim magazynie mieszkać "tysiące zabawek",dzieci nie chcą tysiąca zabawek.To rodzice mają niezaspokojoną potrzebę zabawek.

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2019 Highlander's Group