Czwartek, 29 października
Imieniny: Wioletty, Jacka
Czytających: 7232
Zalogowanych: 9
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Jeleniogórska wyprawa pod niebo – Annapurna 1979

Wiadomości: JELENIA GÓRA
Poniedziałek, 8 września 2008, 9:54
Aktualizacja: 10:02
Autor: Mar/ tejo
Fot. Archiwum W. Szczypki
29 lat temu jeleniogórzanie zmagali się z najeżonym pułapkami siedmiotysięcznikiem. Szesnastu twardych facetów i ona. Annapurna. Marzenie każdego himalaisty. Jej zdobycie miało rozsławić środowisko ludzi gór ze stolicy Karkonoszy. Przyniosło tragedię, choć na górę weszli. Nie wszyscy. Triumf został okupiony śmiercią trzech wspinaczy.

Kwiecień 1979 roku. Boisko jeleniogórskiej szkoły podstawowej nr 2. Bożenę Pietkiewicz, zapłakaną nauczycielkę wychowania fizycznego, prowadzą do budynku koleżanki. Właśnie dowiedziała się, że jej mąż już nie wróci z Himalajów, dokąd z tego samego boiska z ekipą i wyładowaną pod dach ciężarówką odjeżdżał ponad miesiąc wcześniej. Na podbój groźnej Annapurny.

To było największe przedsięwzięcie Karkonoskiego Klubu Wysokogórskiego: wyprawa w roku 1979 na Annapurnę Południową, jeden z kilku szczytów otaczających główny wierzchołek wznoszący się na wysokość ponad 8 tysięcy metrów nad poziom morza.

Cisnął na lekcjach
Jerzego Pietkiewicza pamiętam jak przez mgłę. Wysportowany i gibki mężczyzna, który prowadził zajęcia wychowania fizycznego w SP nr 2. Miałem zwolnienie lekarskie, ale klasy, z którymi pracował, narzekały, że strasznie cisnął. ¬– Rzeczywiście był bardzo wymagający nie tylko od siebie, ale i od swoich uczniów ¬– mawiano.

Pamiętam, jak wczesną wiosną 1979 roku nieśmiało zajrzałem do sali gimnastycznej w „dwójce”. Na parkiecie leżało kilka namiotów. Jerzy Pietkiewicz zwijał je starannie. Cały magazynek wuefistów wypełniony był po brzegi sprzętem, który miał jechać w Himalaje. O wyprawie rozmawiali wszyscy.

Marzec 1979 roku. Na plac przed szkołą wychodzą klasy z nauczycielami, aby pożegnać wyładowanego jelcza z napisem informującym o wyprawie i mieście, z którego wyrusza. Nie wiedzą, że trzech mężczyzn, którzy jadą do dalekiego Nepalu, widzą wtedy po raz ostatni.

Kochali się wspinać
Po niemal 30 latach od tamtych wydarzeń docieramy do tego, który tę wyprawę przeżył: Wiktora Szczypki. Rozmawiamy z nim przy sztaludze. Maluje właśnie górski pejzaż. Ale to nie jest groźny Dach Świata, lecz niewinny widoczek.
– Dlaczego pojechaliśmy w Himalaje? A czego innego może chcieć kilkunastu facetów, którzy uwielbiają wspinanie po górach i marzą o dalekich podróżach? – pyta retorycznie.

– Wtedy była moda na zdobywanie szczytów, a przed nami było tam tak niewielu alpinistów. Ostro dyskutowano który szczyt wybrać jako cel wyprawy. Zgodziliśmy się, że porywanie się na ośmiotysięcznik byłoby nierozsądne i po długich dyskusjach stanęło na górze Annapurna South.

Góra wznosi się na wysokość 7.219 metrów nad poziomem morza i jest to 101 w kolejności najwyższa góra świata. Po tym, gdy jeleniogórską wyprawę zaaprobowały władze miasta i województwa jeleniogórskiego, przygotowania ruszyły z kopyta. Wyprawa miała też pewien wymiar propagandowy u schyłku „przerwanej” dekady Edwarda Gierka, I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, który zresztą w 1979 roku przybył do Jeleniej Góry z tak zwaną gospodarczą wizytą. Choć oczywiście polityka mało himalaistów obchodziła. Cieszyli się, że jadą.

Uczestnicy wyprawy na Annapurnę już w roku 1978 rozpoczęli intensywne treningi w Tatrach i w Alpach zaliczając wiele trudnych przejść. Trwały też przygotowania i zbieranie potrzebnego sprzętu. Do ekipy kierowanej przez Jerzego Pietkiewicza dołączyli jedni z najlepszych polskich alpinistów, Krzysztof Wielicki oraz Marian Piekutowski, którzy mieli wspomagać ekipę mało doświadczoną w najwyższych górach.

Przejazd przez wojny
Przygotowania zakończyły się w marcu 1979 roku. Członkowie ekspedycji pojechali w dwóch grupach. Część pojechała jelczem załadowanym po dach. Tym samym, który ruszył z podwórka Szkoły Podstawowej nr 2. Ruszyli w karkołomną, rzec można, podróż przez południową Europę, Turcję, Irak, Iran. Afganistan, Pakistan, Indie do Nepalu. Przejechali w ten sposób 10 tysięcy kilometrów. Reszta ekipy poleciała samolotem do Nepalu.

– Oficjalnie mówiło się, że pojechało 15 osób, ale naprawdę było nas szesnastu. Dowiedzieliśmy się, że nie pojedziemy, jeśli nie weźmiemy ze sobą młodego człowieka – opowiada Wiktor Szczypka
Nikt tego nie powiedział, ale wiedzieli dobrze, że tamten człowiek pracował dla Służby Bezpieczeństwa. W latach PRL tzw. „ucho” towarzyszyło każdej wycieczce wyjeżdżającej z ludowej ojczyzny. Agent miał ich obserwować i potem napisać raport, jak się zachowywali za granicą.

– Na szczęście „wtyka” okazał się miłym i pomocnym człowiekiem, który nigdy nie robił nam problemów. Nie był etatowym funkcjonariuszem, więc pewnie potraktował wyprawę jako przygodę życia – dopowiada W. Szczypka.

Ciężarowego jelcza prowadził całą trasę do Katmandu w Nepalu. Po drodze mijali trzy wojny, więc emocji nie brakowało. Najpierw w południowej Turcji przejeżdżali przez Kurdystan, gdzie trwała wojna partyzancka z wojskami tureckimi. Potem Afganistan, w którym już byli sowieccy żołnierze. Walczyli z nimi mudżahedini. No i wojna Pakistanu z Indiami o Kaszmir.

Wejście po śmierć
– Tam kule świstały nam nad głowami i było bardzo groźnie. To była też dla mnie lekcja dramatyczna lekcja ludzkiego okrucieństwa. W tych krajach byłem w roku 1975 z inną wyprawą z Wrocławia. Po czterech latach kwitnące krainy, jakimi były Iran za szacha i Afganistan za panowania króla, zamieniły się krajobraz zniszczeń. W Iranie z powodu rewolucji Ajatollahów, w Afganistanie z powodu komunistycznego przewrotu i wkroczenia Armii Sowieckiej – wspomina nasz rozmówca.
Wtedy, choć śmierć śmigała w powietrzu, nikomu z jeleniogórskiej ekspedycji nic się nie stało. Najgorsze miało dopiero nadejść.

Na miejsce najpierw dotarła grupa samolotowa. Wykupili wszystkie niezbędne pozwolenia i zebrali ekipę tragarzy. Następnie grupa sześcioosobowa doszła wraz z karawaną do bazy pod masywem Annapurny. Było to 9 kwietnia 1979roku. Kilka dni później dojeżdża grupa samochodowa z resztą bagaży. Pierwsza ekipa zaczęła aklimatyzację osiągając wysokość 6000 metrów nad poziom morza. Tutaj dochodzi do tragicznego wypadku Józefa Koniaka. Ginie on odpadając od skały jednocześnie strąca schodzącego pod nim Mariana Piekutowskiego. Ten uchodzi z życiem, i wraz z Krzysztofem Wielickim, schodzą po kilku dniach do bazy, pozostawiając tragicznie zmarłego kolegę przy skale.

Czuł, że nie wróci
– Ten dramat wstrząsnął całą ekipą – wspomina Józef Szczypka. – Najgorzej zniósł to kierownik ekspedycji Jerzy Pietkiewicz. Czuł się winny, a jednocześnie bardzo chciał wziąć udział w ataku na szczyt. Ekipy wychodziły kilkakrotnie. W końcu więcej szczęścia mieli Krzysztof Wielicki i Kazimierz Śmieszko którym towarzyszył najmłodszy w ekipie Zbigniew Czyżewski.

Ten ostatni jednak osłabł 200 metrów poniżej szczytu i został tam. Wielicki i Śmieszko weszli na szczyt 29 kwietnia 1979 roku. Jednak nie wrócili łagodniejszą północną ścianą, tylko udali się po Czyżewskiego i sprowadzili go do obozu trudniejszą drogą zachodnią.

Tymczasem Jerzy Pietkiewicz i Julian Ryznar postanowili wyjść naprzeciw ekipie powracającej ze szczytu łagodną drogą północną i jeśli będzie taka możliwość wejść na szczyt. Jednak nie mogli po drodze spotkać zdobywców góry, gdyż ci wrócili po osłabionego kolegę. Pietkiewicza i Ryznara ostatni widzieli japońscy himalaiści przebywający w pobliżu. Potem pogoda się załamała i nikt już nigdy ich nie zobaczył.

–Wiele było hipotez co się z nimi stało łącznie z zupełnie fantastycznymi – mówi Wiktor Szczypka. Że rannych odnaleźli ich tubylcy, że stracili pamięć, że żyli później w zupełnej nieświadomości. Ktoś widział kierownika za oceanem. Wszystkie plotki, które podburzały tylko nastrój niepokoju, a potem – żałoby.

Wycinek z gazety
Końcówka kwietnia 1979 roku. Gazeta Robotnicza donosi o wspólnym plenum Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i WK Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w sprawie współpracy ludności miast i wsi. Jest rozmowa z racjonalizatorami produkcji w jednym z Państwowych Gospodarstw Rolnych w okolicach Jeleniej Góry. Zdjęcie z fali upałów, która nawiedziła akurat Dolny Śląsk. Doniesienie o kłopotach na rynku obuwniczym oraz króciutka wzmianka o tragedii na zboczu Annapurny. Informacja własna na pierwszej stronie. W to samo przedpołudnie gazeta dociera do Szkoły Podstawowej nr 2… Szlochającą Bożenę Pietkiewicz, żonę zaginionego, do pokoju nauczycielskiego odprowadzają koleżanki.

Tchnienie nepalskich bogów
– Niewykluczone, że Jerzy Pietkiewicz i Julian Ryzna dostali się w zasięg potężnej lawiny, jaka zeszła ze zbocza Annapurny i dotarła aż do naszego obozu u stóp góry. Czy tak było już się nie dowiemy. Nigdy nie zostali znalezieni. Nie dowiemy się też, czy weszli na szczyt Annapurny – mówi Wiktor Szczypka.

Twardzi faceci nie dali rady groźnym górom. W mieście od razu odezwali się ci, którzy byli wyprawie przeciwni: że nie została dobrze przygotowana, że decyzja o wyjeździe w góry nie była rozsądna, bo jeleniogórzanie nie mieli wystarczająco dużo doświadczenia. Podkreślano jednak, że Annapurnę atakowali twardzi śmiałkowie, którzy postanowili stanąć twarzą w twarz ze śmiercią… Bo wyprawa – mimo tragedii – powiodła się: szczyt został zdobyty.

– Nepalczycy wierzą, że ich bogowie mieszkają na szczytach gór. Jak tam byłem to byłem coraz bardziej przekonany o prawdziwości tych słów. I kiedy się żegnałem z Pietkiewiczem, jak ruszał na szczyt i z pomocą drugiej ekipie, czuliśmy, że żegnamy się na zawsze. Wiem to na pewno z perspektywy trzydziestu minionych lat i ci nepalscy bogowie nam to podpowiedzieli. Pietkiewicz powiedział do mnie, doprowadź ekipę bezpiecznie do kraju. Musiał czuć, że już nie wróci do nas. Tak sądzę – gorzko stwierdza Wiktor Szczypka.

Pyrrusowe zwycięstwo
Wrócili niby jako triumfatorzy, zdobyli górę, jak zaplanowali. Ale śmierć trzech członków ekipy wywarła na nich piętno i w kraju. Długo byli tymi, „których koledzy zginęli w górach”. Uczniowie „dwójki”, choć młodzi jeszcze bardzo, długo nie mogli się oswoić ze stratą swojego nauczyciela. Oczy ich wyobraźni widziały Jerzego Pietkiewicza wszędzie.

– Zresztą i ja miałem w drodze powrotnej tragiczny wypadek – ciągnie Wiktor Szczypka. – W Iranie na jednej z dróg z grupy idących poboczem kobiet jedna z nich gwałtownie skręciła i wpadła pod jelcza. Zatrzymała mnie policja, ale na szczęście dwie butelki koniaku wręczone mundurowym z drogówki sprawiły, że w jeden dzień zrobili badania techniczne pojazdu. Inaczej musielibyśmy na nie czekać miesiąc. Trzeba wiedzieć, że wtedy za posiadanie alkoholu groziła kara śmierci.

Stanąłem przed sadem i ten wydał salomonowy wyrok, nie jestem winien wypadku, ale w związku z tym, że kobieta nie będzie mogła wykonywać domowych obowiązków i nie ma pieniędzy na leczenie, sąd nakazał mi zapłacić 100 dolarów odszkodowania jej mężowi. Miałem tylko 50 dolarów. Sędziowie przystali na te kwotę, zapłaciłem ją od razu na sali sądowej i jak najszybciej wyjechaliśmy stamtąd do Iraku, wtedy spokojnego kraju. Już bez przeszkód wróciliśmy do kraju i do Jeleniej Góry.

Epilog
W przyszłym roku minie 30 lat od tragicznej wyprawy jeleniogórzan. Pamięć o tych, którzy zostali w Himalajach na zawsze, jest coraz słabsza. Przypomina o nich tablica na symbolicznym cmentarzu Ofiar Gór w Kotle Łomniczki w Karkonoszach. Czy to nie za mało?

Szkoła Podstawowa nr 2 ma już patrona: to Bolesław Chrobry, król Polski. Jerzy Pietkiewicz raczej go nie zastąpi, choć z pewnością na to zasługuje. Pozostaje mieć nadzieję, że o bolesnych dniach kwietnia 1979 roku nie zapomną jeleniogórscy decydenci. Przypominamy im o tym już teraz.

NA WŁASNE OCZY
Wspomina Kazimierz Śmieszko, członek tamtej wyprawy, artysta fografik, zdobywca Grand Prix w Biennale Fotografii Górskiej w 2000 roku w Jeleniej Górze.
– Zaczęło się dobrze. To był rok 1979. Marzec, kwiecień. Najlepsza pora na wiosenne wejście. Wchodziliśmy na Annapurnę Południową (wys. 7238 m). Oczywiście przygotowałem się do wyprawy fizycznie. Mój trening siłowy wyglądał tak, że godzinami maszerowałem po górach z plecakiem wyładowanym kamieniami lub piaskiem
Jeszcze w bazie nie wiedzieliśmy, którą drogą pójdziemy. Przed nami na dwanaście wypraw weszły jedna lub dwie. Kierownik ustalił dwie rekonesansowe grupy. Jedna miała pójść pod zachodnia ścianę zbadać możliwości wejścia a druga na wschodnią zobaczyć jak wyglądałoby ewentualne zejście. Zachodnia była trochę stroma. Wschodnia była łatwiejsza. Pierwsi poszli Wielicki z Piekutowskim i Józek Koniak, który właśnie tam zginął. Na rekonesansie. Nie wzięli uprzęży bo mieli iść po "warstwicy", jak to powiedział Marian Piekutowski, czyli właściwie ścieżką poniżej granicy śniegu. Natknęli się jednak na jakąś dżunglę z wodospadami i wymyślili, że (mając jedną linę i bez uprzęży) przejdą przez przełęcz na około 6.400 m wysokości. Złapała ich burza śnieżna, stracili kontakt miedzy sobą i Józek zginął.
Zdecydowaliśmy, że się jednak wspinamy i poszliśmy w trójkę, z lekarzem pod zachodnią ścianę. Po drodze Marian dostał ataku wyrostka i wrócił z lekarzem do bazy. Krzysztof Wielicki, Zbyszek Czyżewski i ja wchodziliśmy zachodnią ścianą i wszystko się fajnie toczyło. Aklimatyzację mieliśmy właściwie dobrą, chociaż trochę się obawialiśmy bo to był siedmiotysięcznik a my spaliśmy (podczas aklimatyzacji) może z raz na wysokości 5.600 m. Różnica moim zdaniem optymalna jest wtedy, kiedy szczyt jest maksymalnie tysiąc metrów wyższy od wysokości noclegu. Już pod szczytem Zbyszek się rozchorował. Miał objawy choroby wysokościowej. Jedną noc spędziliśmy siedząc na półeczce, którą wykuliśmy w lodowej ścianie zbocza. Tam nam już zaczęły marznąć nogi, ale mieliśmy tabletki na rozszerzenie naczyń krwionośnych. Te tabletki równocześnie bardzo osłabiały. Nie mieliśmy wody bo trzeba topić lód więc nie piliśmy nic do rana. Nie było szans, żeby cokolwiek gotować.
Pod grań szczytową doszliśmy następnego dnia. Spędziliśmy noc w jakiejś śnieżnej jamie. Zakładaliśmy wełniane swetry na nogi jak spodnie. To były lata 70.! Ja miałem zapasowe skarpetki. Wełniane. Dostałem je od pewnej starszej pani z Poznania, która kiedyś wspinała się, w latach pięćdziesiątych. Od niej też dostałem rękawiczki kolorowe z takim sznureczkami. Rano Czyżewski wyraźnie czuł się gorzej. Wielicki, który o wszystkim decydował, postanowił, że go zostawimy i pójdziemy razem a później wrócimy po niego.
Weszliśmy na szczyt pierwszego maja. Na wierzchołku było wspaniale. Była piękna pogoda, taka ze zdjęć (choć codziennie były burze z piorunami, tego dnia nie) i było widać wszystkie góry w okolicy Annapurhny i bardzo nisko naszą bazę. Byłem szczęśliwy. Nie liczyłem na to że uda mi się wejść. Balem się, że nie wytrzymam, że serce mi nie wytrzyma. Pod sam koniec cześć drogi przeszedłem na czworakach, bo nie byłem w stanie iść cały czas. Zrobiliśmy dużo zdjęć, zatknęliśmy flagi. Ja polską, którą mam teraz w domu, Krzysiek nepalską.
Wypowiedź z www.kurierplus.com

LISTA
Uczestnicy wyprawy w Himalaje w 1979 roku: Konstanty Bałuciński, Zbigniew Czyżewski, Bogdan Bejnarowicz, Roman Hryciów, Józef Koniak, Marian Piekutowski, Jerzy Pietrowicz, Jerzy Pietkiewicz, Julian Ryznar, Wiktor Szczypka, Kazimierz Śmieszko, Marian Tworek, Krzysztof Wielicki, Ryszard Włoszczowski, Jerzy Woźnica

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (37) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2020 Highlander's Group