• Niedziela, 8 grudnia 2019
  • Godz. 17:48
  • Imieniny: Marii, Wirgiliusza, Makarego, Światozara
  • Czytających: 7200
  • Zalogowanych: 4
  • Niezalogowany | Zaloguj | Rejestracja

O poszukiwaczach skarbów ziemi w Sudetach

Wiadomości: Region
Poniedziałek, 28 marca 2016, 7:57
Aktualizacja: Wtorek, 29 marca 2016, 14:07
Autor: Karolina Matusewicz
Walończycy wg dzieła Praetoriusa
Fot. Archiwum S. Firszta
O tym, że Sudety i Pogórze Sudeckie to prawdziwy skarbiec, jeśli chodzi o bogactwa naturalne, przekonywali się już prawdopodobnie starożytni. Dzisiaj wiemy o tym bezspornie, że tak jest w istocie. Występują tutaj bowiem poszukiwane i cenne: kamienie budowlane, kamienie szlachetne i półszlachetne, minerały, rudy metali, wody mineralne i termalne, a także najbardziej pożądane kruszce.

Przed setkami, a może nawet tysiącami lat trafiano na nie przypadkowo, a najłatwiej o to było w górach. Tu bowiem wychodnie żył rud lub cennych kamieni często wyłaniały się wśród skał, wyniesione wcześniej przez ruchy górotworu. - Dlatego też pierwsi ich odkrywcy i eksploratorzy zostali nazwani „górnikami”, a profesję, którą się zajmowali, nazwano „górnictwem”. Dzisiaj, kiedy górnictwo kojarzy się nam z głębokimi szybami kopalń, jest to nieco dziwne. Zawód ten powinien nazywać się raczej „dolnictwo”, a ludzi nim się parającymi „dolnikami”. Górnictwo, jak sama nazwa wskazuje, narodziło się w górach i tak już pozostało. Rozwój górnictwa był ściśle związany z zapotrzebowaniem na określone surowce. Raz były to kamienie budowlane, innym razem wody, a innym węgiel. Szczególną pozycję zajmowały poszukiwania i wydobycie kruszców, w tym szczególnie złota, oraz kamieni szlachetnych, przede wszystkim diamentów. Na te skarby zapotrzebowanie jest zawsze, a samo ich wydobycie i chęć ich posiadania budzi od wieków nienawiść, wojny i śmierć, czyli samo zło. Dlatego najcenniejszy metal, przynajmniej w języku polskim, nosi nazwę „złoto”, czyli nic dobrego, bo jest „zło to” – opowiada Stanisław Firszt, dyrektor Muzeum Przyrodniczego w Jeleniej Górze.

Górnictwo w górzystych rejonach Dolnego Śląska rozpoczęło się prawdopodobnie już u schyłku XII wieku, a na pewno w 1 poł. XIII wieku. Początkowo zajmowali się nim specjaliści z dzisiejszych obszarów Belgii, zromanizowani Celtowie zwani Walonami. Oni to rozpoznawali złoża, a następnie prowadzili eksploatację. Później zastąpili ich górnicy z Harzu. Dostępne złoża, przede wszystkim kruszców, zaczęły się kończyć na przełomie XIV i XV wieku. Znane i dotychczas dobrze prosperujące kopalnie zaczęły podupadać. Tymczasem w Europie następowały wielkie zmiany i zapotrzebowanie na kruszce, drogie kamienie i inne cenne surowce rosło. W XV i na pocz. XVI w. ponowiono akcję poszukiwań nowych złóż. Objęła ona szczególnie Europę Środkową i Śląsk. O jej intensyfikacji wiemy z zachowanych dawnych legend i podań, ale przede wszystkim z tzw. itinerariów poszukiwaczy (rodzaj przewodnika lub opisu wyprawy z praktycznymi wskazówkami, radami i zaleceniami). Itineraria te nazwano z czasem Księgami Walońskimi (Walenbücher), bowiem wg tradycji spisywali je przybywający w te strony obcy poszukiwacze, przeważnie z południa Europy, których Niemcy niezależnie od kraju pochodzenia nazywali „Welsche” lub „Wale” (stąd Walończycy, nie mylić z Walonami z Walonii). Są to raczej zapiski i luźne opisy, które hucznie nazwano „księgami”. Występują one niemal w całej Europie, wiele pochodzi z terenu Alp i Harzu, ale najwięcej z Dolnego Śląska. Wiele itinerariów (spisywanych po łacinie, a przede wszystkim po niemiecku) zawiera bardzo dokładne opisy topograficzne, co może wskazywać na to, że zostały spisane nie przez Walończyków, ale przez miejscowych. Większość tych opisów nie zachowała się niestety w oryginale, ale w późniejszych, XVI. i XVII. wiecznych odpisach, które do początku lat 50. XX wieku przechowywano w zbiorach Schaffgotschów w Sobieszowie i Cieplicach. Niestety, zbiory z Sobieszowa, wraz z przechowywanym tam archiwum, trafiły do Archiwum Państwowego we Wrocławiu, a zbiory z Cieplic, wraz ze sporą częścią księgozbioru, trafiły do Biblioteki Narodowej w Warszawie. To, że znakomita część tych dokumentów należała do Schaffgotschów nie powinno dziwić, bowiem to im przez wiele wieków podlegały tereny, gdzie prowadzono ongiś intensywne poszukiwania.

- Itineraria śląskie nie zostały właściwie przetłumaczone i opracowane do dzisiaj, nad czym ubolewała wybitna polska badaczka górnictwa, nieżyjąca już prof. Danuta Molenda. Ona to przed laty starała się namówić mnie, abym się tym zajął. Brak czasu i ogrom tego przedsięwzięcia nie pozwolił mi na podjęcie tego tematu, a wart jest jak najbardziej opracowania. Do niedawna dowodzono, że itineraria zawierają przeważnie wątki legendarne i baśniowe, ale nie można tak twierdzić, bo jeszcze nie znamy ich treści. Należy przypuszczać, że te „Księgi Walońskie” są kompilacjami wielu tekstów powstałych w różnym czasie, ale zawierają raczej prawdziwe dane nie tylko topograficzne (oparte na obserwacji terenu), ale i historyczne. Bardzo mało itinerariów zostało przetłumaczonych. A oto ich próbki: „W Jeleniej Górze pytaj się o wieś, która nazywa się Piechowice, tam nie ma jeszcze płukarzy, to idź otóż tą drogą w kierunku Czarnej Góry do huty szkła, to dojdziesz do białej wody albo białego strumienia i znajdziesz złoto do wypłukania” (ok. 1430 r.). „Idź na świętego Jana w południe do bramy szubienicznej w Jeleniej Górze i patrzaj na góry, a zobaczysz Wieczorny Zamek takim jak był dawniej, z oknami i wieżami” (XV w.). „Sztolnie owe na Czarnej Górze drążone były niezwykle głęboko, zatem musiano wkraczać w nie jeszcze przed pierwszym biciem dzwonów” (odpis z 1580 roku lub 1615, tzw. rękopisu wiedeńskiego z XV w.) – opowiada S. Firszt.

W itinerariach śląskich opisywane są trasy z Jeleniej Góry na Śnieżkę, z Wrocławia do Kłodzka, Srebrnej Góry i do Złotego Stoku. Jak się przypuszcza, autorzy tych opisów byli bacznymi obserwatorami. Na podstawie roślinności, ułamków skał niesionych przez cieki wodne i zabarwienia gleby potrafili odnaleźć żyły i wychodnie surowców. Dla sprawdzenia mogli wykonywać wykopy sondażowe i przekopy. Można twierdzić, że teren badali organoleptycznie. Prawdopodobnie poszukiwaczami byli przede wszystkim przybysze z Włoch, głównie z Wenecji i Florencji, a wydobywającymi mieli być miejscowi górnicy. Przybysze z południa zapewniali przede wszystkim kapitał do rozpoczęcia i prowadzenia prac. Oto bowiem wenecjanin Jeremias Vincentius chwalił się w XVI wieku, że za skarby odkryte w Karkonoszach postawi sobie okazały dom i zbudował dwór. Jeden z pierwszych itinerariów, w latach 1460-1470, stworzył Antoni Wale, inaczej zwany Antoni di Zane de Ricci, który był spokrewniony z Medyceuszami i handlował między Wenecją a Krakowem i Wrocławiem. Inwestował też w poszukiwania i prace górnicze.

- Poszukiwacze skarbów ziemi, dzisiaj byliby to geolodzy, dla orientacji pozostawiali w terenie dość liczne znaki, przeważnie wycinane na pniach drzew (te do dzisiaj nie przetrwały) oraz wykuwane na kamieniach i skałach lub na specjalnych słupkach. Usypywali też kopczyki. Najprostszym znakiem graficznym były krzyże jedno lub wieloramienne, a także inne, których znaczenia dzisiaj nie potrafimy odczytać. Znaki te także w okolicach Jeleniej Góry odkrywali w terenie m.in. prof. Andrzej Grodzicki, wybitny wrocławski geolog, a także prof. Józef Kaźmierczyk, wybitny wrocławski archeolog, który zamierzał stworzyć nawet ich typologię oraz ja, osobiście kontynuując działania profesora w zakresie badań nad górnictwem złota na Dolnym Śląsku, szczególnie w latach 1990-2005. Najwięcej znaków orientacyjnych i granicznych pozostawili poszukiwacze i górnicy właśnie na Dolnym Śląsku. W XVI wieku na terenie Śląska działało tak wielu poszukiwaczy, że na wniosek Schaffgotschów, od 1587 roku, na poszukiwania zaczęto wydawać specjalne koncesje – mówi dyrektor Muzeum Przyrodniczego w Jeleniej Górze.

- Od II połowy XVI wieku zaczęło pojawiać się coraz więcej opracowań naukowych na temat poszukiwań i eksploatacji złóż. Na ich czoło wysuwa się dzieło Georga Bauera (Pauera), zwanego Georgiusem Agricolą, z 1550 roku, pt.”de Re metallica libri XII”, które ukazało się po łacinie w Bazylei w 1556 roku. Miało ono wiele wydań i tłumaczeń i do dzisiaj jest cennym źródłem informacji na temat dawnego górnictwa i hutnictwa. Tłumaczone było na: j. niemiecki (1557 i 1928), włoski (k. XVI w.), angielski (1912), czeski (1933) i polski (2000). Tłumaczenie na język polski zostało zrealizowane dzięki mojej inicjatywie, co wypełniło rażącą lukę w tym zakresie i zostało przyjęte z zadowoleniem przez wszystkich badaczy zajmujących się historią górnictwa. Do dzisiaj pozostają do przetłumaczenia, opracowania i wydania tzw. „Księgi Walońskie”, będące zbiorem wielu ciekawych itinerariów, dotyczących przeważnie naszego regionu. Podejmowane są od czasu do czasu prace na temat samych Walończyków, ale nigdy nie zajęto się relacjami i opisami przez nich stworzonymi. Pisze się o nich dużo i ogólnikowo, nie znając ich treści. Brak tej znajomości powoduje narastanie wokół nich wielu nieprawdziwych legend i atmosfery sensacji i tajemniczości, a przecież były to tylko zwykłe opisy mające ułatwić dotarcie we wskazane miejsce – podsumowuje Stanisław Firszt.

Czytaj również

Komentarze (10) Dodaj komentarz

~Le1k 28-03-2016 17:07
Po co szukac skarbów? Żeby panstwo legalnie ci to ukradlo?
~zxzxzx 28-03-2016 22:12
Tam w górach jest takie miejsce gdzie są diamenty. Przeciętnie wielkości paznokcia ale trafiają się i większe. Podnosisz kamień albo troche pokujesz i masz. Do tego miejsca idzie się tak: prosto, w lewo ,w lewo, cały czas pod górę, pod górę aż do skałek i znowy w lewo, potem w prawo i jesteś na miejscu. Ja tam byłem ze dwa razy, wziąłem sobie kilka diamentów i na razie mi wystarczy.
~Ktosik 28-03-2016 23:12
Do Le1k: Masz rację, ale większość ludzi nie przyznaje się do swych znalezisk, tak samo, jak nie oddaje znalezionych fantów z plaży, czy banknotu znalezionego na ulicy. Skoro Państwo nie "kusi" znalazców do oddawania przedmiotów adekwatnym wynagrodzeniem - znaleźnym, o czym tu mówić. Mnóstwo takowych "wykopków" oferowanych jest na targach staroci czy na allegro.
~ 28-03-2016 23:32
Polska jest już tak przeryta przez poszukiwaczy ,że ciężko znaleźć las czy łąkę bez dołków .Każdy węszy i liczy na trochę szczęścia i na to ,że ktoś coś gdzieś pominął.Najlepsze żniwa mieli ci ,którzy w latach 90 pościągali wykrywacze ze stanów.To się nie wróci.Teraz już w ziemi nie wiele zostało. ..szkoda :(
~Ktosik 28-03-2016 23:55
Na Discovery oglądałam takie odcinki, w których w Stanach rodzinka legalnie kopała skarby za pozwoleniem ich właścicieli i za uzgodnionym wynagrodzeniem. Kiedyś tak właśnie ojciec się wkurzył, że niczego nie znaleźli aż syn przypomniał o skanerze głębinowym. Ustrojstwo ciężkie, ale, gdyby ludzie właśnie tym urządzeniem "przeskanowali" głębsze obszary, pewnie niejedno by znaleźli.
~do ~Le1k 29-03-2016 10:00
Bo Państwo to legalna mafia a haracz w postaci podatków też ściągają od ludzi.
~do 23:32 29-03-2016 10:21
Te "dołki" to w większości robota dzików kopiących za żołędziami;)A tak poważnie to prawdziwy detektorysta zawsze zakopuje po sobie dziury, niezasypane dołki zostawiają tylko szmaciarze.
~xyz 29-03-2016 11:12
A co mają poszukiwacze "skarbów" z wykrywaczem metali ,do rud metali szlachetnych występujących w ziemi ????????????????Jak zwykle wypowiadają się internetowi pseudo fachowcy , lepiej dla was jak nic nie będziecie pisać chociaż wstydu miastu nie przyniesiecie. Nie pisze tego żeby was obrazić ale jak nie wiesz, nie znasz się to nie pisz farmazonów. Albo jak chcesz zabłysnąć to chociaż czytaj ze zrozumieniem to co ktoś napisał.
~bb 29-03-2016 12:34
Góra Szybowcowa nadal posiada złoża srebra,może nawet złota.Jakiś czas temu robiono nawet badania ale jak to u nas bywa na badaniach się zakończyło.
~Grzegorz B. 1-04-2016 0:04
co do zbierania minerałów i skał z powierzchni, to na szczęście jest dozwolone - prawo geologiczne i górnicze o tym traktuje, jest tylko warunek - bez prowadzenia robót górniczych. Ale dochodzi jeszcze zagadnienie ochrony przyrody - parki, rezerwaty... tam są już konkretne ograniczenia.

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2019 Highlander's Group