• Środa, 18 września 2019
  • Godz. 1:02
  • Imieniny: Ariadny, Ireny, Irmy, Józefa, Stanisława
  • Czytających: 5517
  • Zalogowanych: 11
  • Niezalogowany | Zaloguj | Rejestracja

Kobieta wyjątkowa – Lucyna Kornobys

Wiadomości: Jelenia Góra
Środa, 20 czerwca 2018, 17:04
Aktualizacja: 17:42
Autor: Małgorzata Myćka
Fot. Użyczone/Archiwum L. Kornobys
Jak w trudnej chwili znaleźć siłę, chęci i determinację, aby pokonywać wszystkie przeciwności losu, które nas spotykają i mimo to nadal cieszyć się życiem? – Nie da się nie istnieje – mówi Lucyna Kornobys – wybitna sportsmenka, srebrna medalistka igrzysk olimpijskich z Rio i multimedalistka, ale przede wszystkim niesamowity człowiek i wyjątkowa kobieta.

Pani Lucyno od strony sportowej jest pani bardzo dobrze znaną osobą. Jak wygląda pani typowy dzień?

Mówi pani, że jest podporządkowany treningom i rehabilitacji. Czy znajduje pani czas dla siebie?
- Na nudę nie narzekam to prawda, ale staram się tak organizować swój dzień i swoje zajęcia, aby ten czas dla siebie zawsze znaleźć, jest to bardzo ważne, myślę że dla każdego.

Zawsze ma pani tyle energii w sobie i pozytywnego nastawienia do świata? Zawsze kiedy panią widzę jest pani uśmiechnięta.

- Nie wiem (śmiech). Oczywiście, że zdarzają się lepsze i gorsze dni. Czasem zwyczajnie nie chce mi się, jak każdemu, kiedy jestem zmęczona, ale jest to sporadyczne. Jestem optymistką i tak też odbieram świat.

Pani Lucyno mieszka pani sama. Pani rodzice zginęli kiedy była pani małą dziewczynką. Sama daje panie sobie ze wszystkim radę?

- Faktycznie większość życia mieszkam sama. Czy ze wszystkim daje sobie radę? Chyba nie. Są niektóre rzeczy poza moim zasięgiem, ale na szczęście jest Marian - mój sąsiad, który mieszka obok (śmiech). Kiedy coś, krótko mówiąc, jest poza moim zasięgiem wtedy jest: „Marian proszę chodź, potrzebuje coś ściągnąć”, a zaraz potem „poczekaj proszę, sprawdzę czy to już wszystko” . Poza takimi oczywistymi sprawami, jak ściągnięcie i wypranie firanek, z którymi sobie sama sobie nie radzę z przyczyn oczywistych, to z pozostałymi staram się sama sobie radzić. Po prostu wszystkiego się uczę. Zaczynając od tych najprostszych spraw, jak przygotowywanie posiłków. Pamiętam jak cały miesiąc uczyłam się wsiadać do auta i pakować wózek, próbowałam wiele różnych metod i sposobów, aż w końcu się nauczyłam.

Denerwuje panią to, że tylu rzeczy musiała pani uczyć się od nowa? Nie miała pani (nie ma) czasem ochoty powiedzieć mam dość?

- A oczywiście, że mam czasem dość, ale jeśli chodzi o sport i trening, to - nie. Życie jest jednak ciągłą nauką, dlatego staram się nie myśleć o tym w ten sposób, bo pewnie bym zwariowała (śmiech).

Wiem, że nie od zawsze jeździ pani na wózku. Jak pani sobie z tym wszystkim dała radę będąc samą w tak młodym wieku?

- Faktycznie nie jest to łatwe i trwało to dość długo, tym bardziej, ze moi rodzice zginęli jak byłam mała i część dzieciństwa spędziłam w „bidulu” Początkowo chodziłam o kulach przez kilkanaście lat. I muszę przyznać, że wtedy nie czułam się wcale jak osoba niepełnosprawna, tym bardziej, że tak jak mówię, uprawiałam różne sporty już od 6. roku życia. Przyszedł jednak ten moment, którego nigdy nie zapomnę. Mieszkałam już wówczas sama w Cieplicach i kiedy przechodziłam przez przejście kolejowe ugięły się pode mną ręce i padłam. Od domu byłam może z 200 m, ale ręce były już tak zmęczone, że nie byłam w stanie dźwignąć własnego ciała, a nogi musiałam ciągnąć za sobą po ziemi. Padłam na przejściu! Nigdy nie zapomnę tamtego momentu i pierwszej myśli jaka się wówczas pojawiła. Leżąc tak na przejeździe kolejowym pomyślałam, że dobrze by się stało, gdyby mnie pociąg przejechał, bo mam to wszystko gdzieś i miałabym święty spokój. Podszedł po chwili do mnie jakiś kierowca i zawiózł mnie do domu. Był to taki moment, w którym musisz wybrać: albo usiądziesz na wózek i będziesz na siebie zarabiać, albo…Usiadłam więc na wózek i zaczęłam uczyć się niemal wszystkiego od nowa.

Co było najtrudniejsze kiedy usiadła pani na wózek?

- Na początku chyba wszystko Najtrudniejsze, poza oczywiście przestawieniem wszystkiego w głowie i pogodzeniem się z tym, to nauka poruszania się na nim. Mimo że był to sportowy wózek, w sensie aktywny, to nikt mi nie pokazał jak się na czymś takim jeździ. Z pozoru wydawać się może to łatwe, ale w praktyce sam podjazd pod krawężnik jest nie lada wyczynem. Musiałam nauczyć się wszystkiego sama. Na początku, żeby podjechać pod krawężnik schodziłam z wózka, siadałam na tyłek, przenosiłam wózek przez krawężnik i z powrotem wsiadałam na wózek. Poza tym, miałam jeszcze do pokonania 27 schodów. To nie był łatwy czas dla mnie. Siadając na wózek zmienia się wszystko, uświadamiasz sobie, że jednak potrzebujesz pomocy, że potrzebujesz tej pomocy coraz więcej. Jednocześnie uświadamiasz sobie, że są rzeczy, które dosłownie i w przenośni są zwyczajnie poza twoim zasięgiem.

Był ktoś, kto panią wspierał, pomagał w tamtym czasie?

- Moja rodzina - w sensie rodzeństwo. Mam siostrę i brata. Rodziców już nie było. W tamtym czasie siostra wynajmowała pokój w internacie niedaleko mnie. Była ze mną w weekendy, czasem jak miała możliwość wpadała w tygodniu na chwilę. Rodzeństwo pomagało mi jak mogło.

Czy łatwo jest prosić o pomoc?

- Nie, absolutnie nie! To w tym wszystkim jest najtrudniejsze. Nauczyć się prosić o pomoc innych jest naprawdę trudne, przynajmniej dla mnie było. Trzeba pokonać w sobie myśl, że to nie jest nic złego. Zrozumieć, że to, że proszę o pomoc nie jest oznaką mojej słabości. Zapanować nad emocjami i własną głową.

Proszenie o pomoc jest problemem dla wielu ludzi, nie tylko dla osób nie w pełni sprawnych. Jak pani się tego nauczyła, jak udało się pani to wszystko sobie samej wytłumaczyć?

- My – mam tu na myśli społeczeństwo ogólnie, a nie tylko osoby niepełnosprawne - jesteśmy uczeni bycia hardym i tego, że nie wypada prosić o pomoc, że jest to oznaka słabości. Trzeba przede wszystkim zrozumieć, że to nic złego i nie umniejsza w niczym fakt, że o tę pomoc prosisz. To jest problem z poczuciem własnej wartości. I muszę przyznać, że trochę czasu mi to zajęło, aby to zrozumieć i nauczyć się o pomoc prosić bez poczucia wstydu. Oczywiście, mam tu na myśli sprawy, którymi z przyczyn oczywistych nie potrafiłam na początku zrobić sama. To jest takie poczucie, że jak prosisz kogoś o pomoc, to znaczy, że ty się zupełnie już do niczego nie nadajesz. I to twoje poczucie własnej wartości spada. Potrzebowałam czasu i pomocy kogoś, kto pomoże mi to wszystko zrozumieć i poukładać na nowo w głowie.

Udało się odzyskać poczucie własnej wartości?

- Tak, myślę, że tak. Jednak nie było to łatwe ani dla mnie, ani też dla osób, które mnie otaczały. Zawsze byłam postrzegana jako osoba bardzo ugodowa. Byłam tą, która zawsze na wszystko się zgadza, która nie odmawia. Jak zaczynasz pracować nad sobą i zaczynasz dbać o siebie i mówić na głos co myślisz i czego chcesz, to ludzie zaczynają cię postrzegać jako tą, która nagle z grzecznej i miłej osoby zrobiła się niegrzeczna, niepasująca do wyobrażeń innych o mnie.

Miała pani takie momenty na początku, że kiedy robiła pani tak, jak sama tego pani chciała, albo przeciwnie do oczekiwań innych, to zaraz po tym przychodziło poczucie winny i wyrzuty sumienia, że zrobiła pani coś złego?

- Tak, oczywiście, że na początku takie myśli się pojawiają, ale jest to kwestia czasu i zrozumienia, że faktycznie mam prawo powiedzieć nie, albo wyrazić własne zdanie, a inni nie muszą się z tym zgodzić. W drugą stronę jest tak samo. Ja też nie muszę się zgadzać na wszystko czego inni ode mnie oczekują. Należy to po prostu przepracować, ale tak, na początku faktycznie tak było. Uczymy się jednak całe życie. Nadal zdarzają się takie sytuacje, w których zastanawiam się, czy dobrze postąpiłam. Życie jest ciągłą nauką i cały czas powinniśmy nad sobą pracować.

Ludzie w natłoku obowiązków, gonitwy za pieniądzem, wyglądem i rzeczami materialnymi bardzo często zapominają o tym, co jest ważne, zapominają o swoich marzeniach. Czy nie jest tak, że większość z nas nie potrafi docenić tego co ma, zanim tego nie straci?

- I tak i nie. Większość osób tak, ale nie jest to też reguła. Niektórzy ludzie po prostu nie wyciągają wniosków ze zdarzeń, które ich spotykają, wolą narzekać. Uważam, że to zależy przede wszystkim od charakteru i od tego jaką jesteś osobą. Ja zawsze mówię, że należy dążyć do realizacji swoich marzeń. Nie ma znaczenia czy malujesz, śpiewasz, czy uprawiasz sport. Po prostu krok po kroku staraj się je realizować i doceniaj to co masz.

W jednym z wywiadów powiedziała pani: Zrozumiałam sens życia i pokonałam swoje słabości.

- Tak, myślę, że udało mi się znaleźć sens w życiu i pokonać moje słabości. Staram się je pokonywać każdego dnia. To nie jest tak, że raz się udało i już ich więcej nie ma i nie będzie. To jest chęć ciągłej praca nad sobą i nad pojawiającymi się słabostkami.

Czym więc jest dla pani sens życia?

- Dla mnie sens życia to przede wszystkim umiejętność życie tu i teraz. Umiejętność życia chwilą obecną. Nie rozpamiętywania tego, co było wczoraj i nie wybiegania ciągle w przyszłość. Nikt z nas nie ma pewności, czy w ogóle jutro nadejdzie, czy wstanie z łóżka, czy będzie nam dane żyć. Staram się więc nie przejmować na zapas rzeczami, na które nie mam wypływu. Wiele sytuacji jest poza naszą kontrolą, a skoro nie mam na nie wpływu, to po co mam się nimi przejmować i niepotrzebnie stresować? Należy nauczyć się czasem odpuszczać, patrzeć na to co jest tu i teraz, i wyciągać pozytywne wnioski z sytuacji, które się zdarzają. Wszystko na tym świecie dzieje się z jakiegoś powodu i zawsze dzieje się po coś. Należy tylko znaleźć tego sens.

Czy to co się stało, pomogło pani ten sens życia i jego celowość znaleźć?

- Zdecydowanie tak. Na pewno! To wszystko co się w moim życiu wydarzyło bardzo mnie zmieniło. Dojrzałam i zrozumiałam wiele rzeczy. Na dzień dzisiejszy ważne jest dla mnie to, aby móc roić to co kocham i móc spędzać czas z bliskimi mi osobami. Ja osobiście wolę żyć nieco skromniej, ale mieć czas wypełniony tak, jak ja tego chcę i móc się cieszyć tym, co robię. Oczywiście lubię od czasu do czasu kupić sobie fajny ciuch itp., ale nie za wszelką cenę dążyć do posiadania nie wiadomo czego. Uważam, że w życiu rzeczy nie są najważniejsze.

Trudne wydarzenia życiowe potrafią otworzyć nam oczy na to co ważne?

- Tak, niestety bardzo często uświadamiamy sobie co tak naprawdę jest dla nas ważne i co się w życiu się liczy dopiero wtedy, kiedy to tracimy, albo kiedy spotyka nas lub naszych bliskich coś złego, na co nie byliśmy przygotowani. Wówczas zmienia się sposób patrzenia. Uważam jednak, że lepiej nie czekać aż tak długo i naprawdę powinniśmy uczyć się doceniać te najprostsze rzeczy. To one naprawdę nadają sens i ukazują piękno.

Nie denerwuje pani, kiedy ludzie narzekają, że ciągle im mało, że chcą więcej i więcej, a zapominają o tym co mają, np., że mogą wstać i pójść na własnych nogach?

- Nauczyliśmy się być takim społeczeństwem troszkę roszczeniowym. Za dużą uwagę przykładamy do tego, że czegoś nie mamy, albo że ktoś ma lepiej, więcej, ale nie pomyślimy dlaczego się tak dzieje. Jeśli nie jest ci dobrze z tym co masz, to postaraj się to zmienić i tyle.

W takich momentach bardzo często słyszy się odpowiedź: nie da się tego zmienić bo..

- Wszystko się da, trzeba tylko chcieć. Nie da się nie istnieje dla mnie. Wszystko się da i zawsze jest jakiś sposób, ale trzeba chcieć spróbować i chcieć znaleźć rozwiązanie, a nie od razu mówić, że się nie da. Dla mnie zarówno w sporcie jak i w życiu prywatnym najpierw należy w ogóle spróbować. To, że czegoś nie potrafię, nie znaczy wcale, że się nie da. Ja po prostu jeszcze nie wiem, jak to zrobić. To troszkę tak jak u dzieci: nie zjem tego bo nie jest dobre! A spróbowałeś? Nie, bo jest niedobre. Tak jest najlepiej powiedzieć i najłatwiej. Nauczyłam się, a może bardziej to życie mnie nauczyło, że najpierw należy coś dać od siebie, a dopiero potem można czegoś żądać. Czasami należy najpierw dać drugiej osobie coś dobrego od siebie, a nie od razu żądać. Zawsze powinna być zachowana równowaga. - Dzisiaj rano miałam taki słabszy moment. Tak mi się nie chciało wstać i iść na trening, ale zaraz po takiej myśli „nie chce mi się” mam kolejną: zaraz, ale po co tak naprawdę to robisz? Dla kogo? Przecież robisz to dla siebie. Jak ci się nie chce to nie rób, ale ucierpisz na tym tylko ty, nikt inny. Momentalnie wtedy zbieram się, i jadę na trening.

Jest pani przykładem tego, że jak się czegoś naprawdę chce, to można wszystko. Nie tylko w sporcie, ale również świetnie daje sobie pani radę w życiu codziennym.

- Tak, tak jak powiedziałam, wszystko się da, trzeba tylko chcieć. Jeśli mi się czegoś nie chce, albo się do czegoś nie przekładam to efekt jest taki, że nie ma rezultatów. To jest proste. Ważna jest świadomość tego, że bez moich chęci, zaangażowania i pracy nie ma wyników. To nasze podejście, do tego co robimy ma wpływ na to czy się da czy też nie..

Co ma pani wytatuowane na ręce?

- To co w głębi serca uważam za ważne: Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą, dopóki jesteś, dopóki żyjesz, zawsze masz szansę na zwycięstwo i zdobyć to o co walczysz i w co naprawdę wierzysz. Myślę, że wiara w to, że mogę, że potrafię jest bardzo ważna. Wiara w siebie to podstawa i nad tym naprawdę trzeba pracować. Wszystko jest w naszej głowie.

Czym więc jest dla pani szczęście? I czy jest pani szczęśliwa?

- Dla mnie szczęście jest tym, że mogę rano wstać. Szczęściem jest zdrowie, bo to jest to czego nie kupię za żadne pieniądze. Czym jeszcze jest dla mnie szczęść? Tym, że potrafię sama o siebie zadbać, że mogę robić to co kocham – trenować, spotykać się z bliskimi. Tym, że mam bliskich ludzi obok siebie, że jestem spokojna. Szczęściem jest po prostu to, że mogę rano otworzyć oczy, mogę zjeść śniadanie. Kiedy nie czuję bólu i mogę zrobić wszystko sama. Oczywiście, każdy z nas może pojmować szczęście zupełnie inaczej i czym innym dla każdego ono być.

Często zdarzają się sytuacje, że ból jest tak duży, że nie jest pani w stanie funkcjonować?

- Na szczęście nie. Obecnie zdarza się to znacznie rzadziej, ale bywa czasem tak, że ból jest tak duży, że ciężko jest mi utrzymać się w pozycji siedzącej. To taki rodzaj bólu, że odechciewa się wszystkiego. To jeden z nielicznych momentów, w którym nie docierają do mnie żadne słowa.

Co wówczas pani myśli?

- Wtedy myślę bardzo źle. Myślę, że ja już chyba tego nie wytrzymam, że mam dość i że zwyczajnie już mi się nie chce…

Kiedy wraca pani do formy, to staje się pani silniejszą osobą?

- Czy silniejszą, trudno mi powiedzieć. Cieszę się, że przetrwałam, że jednak się nie poddałam. Wiem, że każda taka akcja uczy mnie czegoś nowego, może faktycznie staję się nieco silniejsza. Te ciężkie chwile są też takim zimnym prysznicem dla mnie, który pozwala doceniać najdrobniejsze rzeczy i cieszyć się nimi. Ważne w takich momentach jest też to, że są obok mnie wspaniali ludzi, którzy mnie wspierają.

Pani Lucyno, wiem, że na pani swoim koncie bardzo dużo sukcesów sportowych, a co uważa pani za swój największy życiowy sukces?

- Za swój największy sukces życiowy uważam to, że udało mi się pokonać większość swoich lęków z dzieciństwa, a w związku z tym zmieniłam starą Lucynę na tą, która jest obecnie.

Lubi pani tę „nową” Lucynę?

- Tak, bardzo! Stara zupełnie nie potrafiła zadbać o siebie i swoje potrzeby. Nie potrafiłam o siebie walczyć. Nigdy nie chciałam nikogo o nic prosić, bo uważałam, że mi nic się nie należy. I dopiero kiedy powiedziałam, że koniec z tym, tak być nie może. Lubię to, jaką się staje. Dostrzegam to nie tylko ja, ale i bliscy mi ludzie. Ich również cieszy to, że staję się bardziej sobą, taką jak naprawdę jestem, jaką zawsze byłam, ale gdzieś się ukryłam. Zaczęłam dostrzegać i rozumieć siebie. Jestem znacznie silniejsza psychicznie niż byłam i patrzę zupełnie innymi oczami. W końcu patrzę na świat swoimi oczami, a nie cudzymi. Myślę, że doszłam do porozumienia sama ze sobą.

Jest pani multimedalistką i srebrną medalistką igrzysk olimpijskich, który sukces sportowy jest dla pani najcenniejszy?

- Mój pierwszy medal mistrzostw świata z Nowej Zelandii. To był mój pierwszy wyjazd, zupełnie nie miałam pojęcia jak to wszystko wygląda, jak to będzie. Nikt mi nic nie powiedział, nie przedstawił tego jak to będzie. Przyznam szczerze, że tego momentu i tego medalu nigdy nie zapomnę. Pierwszy raz stanęłam wtedy na tak ważnym podium. To było niesamowite przeżycie. Pół drogi do domu przepłakałam z radości. Bardzo długo nie mogłam uwierzyć w to wszystko, co się wydarzyło. Myślę, że tego momentu nigdy nie zapomnę.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (7) Dodaj komentarz

~Ela 20-06-2018 17:48
Lucyna to piękny i mądry człowiek, wspaniała kobieta, moja bohaterka :)
~lovelucyna 20-06-2018 17:48
Ten wywiad powinno się wydrukować złotą czcionką i powiesić na drzwiach wszystkich GOPSów. Bo to jest wzór do naśladowania- że nawet niepełnosprawność ruchowa, ciężki los, choroba, śmierć bliskich- nie tłumaczą lenistwa, bezradności, łatwego wyciągania łapy po jałmużnę od państwa. Pani Lucyna udowadnia, że pomimo wszystko- można być pożyteczną osobą, zarabiać na siebie i jeszcze robić tak wiele dla innych! Żywa legenda! Brawo
~1-2-3 20-06-2018 18:03
Bardzo pozytywna postać. Jeszcze o Niej usłyszymy, niekoniecznie o sportowych wyczynach. Mam nadzieję, że ta pani zostanie prezydentem naszego miasta, mimo, że stała pod murem z ponurymi facetami!
~. 20-06-2018 19:43
Ogromny szacunek dla Pani Lucyny uczmy się wzór do naśladowania .
~Oko 20-06-2018 21:57
Wielki szacun. Mimo pewnej fizycznej niepełnosprawności to siła i wzór dla całkowicie zdrowych. Pozdrawiam i podziwiam.
~Tak se myśle... 21-06-2018 1:28
Powiem tak: Gdyby ta kobieta była 50 kilowym chuchrem i jeździła na wózku, NICZEGO BY NIE OSIĄGNĘŁA. Tylko fakt, że jest babą-monstrum (bez obraźliwego podtekstu), potrafi pokonać innych w wysegregowanych dziedzinach życia. To co człowiek opowiada o sobie, to zawsze pół bajki, pół dobrych chęci. Dlatego takie wywiady czytam z dużymi wątpliwościami, gdzie kończy sie bajka, a gdzie zaczynają się częściowo realizowane chęci. Tego nigdy się nie uda rozstrzygnąć, bowiem każdy będzie na swoją stronę ciągnął. Dlatego dla obserwatorów istotne są te sprawy, co je widać obiektywnie. Reszta na szufelkę i do śmietnika. Od lat mam duży niesmak, obserwując możliwości jakie się stwarza ludziom kalekim. Kto i ile dostaje na durnowaty medal, który NICZEGO nie poprawia w społecznym ujęciu, a ile osób "dzięki temu" medalowi, nie dostanie ani grosza, żeby chociaż mieć używany wózek do poruszania się. Bo dla władz decydujących o tych pieniądzach ZAWSZE istotniejszy będzie GŁOŚNY medal, niż cichy uśmiech szczęścia dziesięciu innych, którzy za te pieniądze by mogli żyć lepiej. Bo blask medali pada na tych, co się umieją właściwie ustawić. Cichy kaleka jest zawsze daleko od tego.
~A.B. 21-06-2018 9:56
Pani Lucyna już w szkole wyróżniała przedsiębiorczością i pomysłowością. Nie było dla Niej rzeczy niemożliwych. Oprócz tego ujmowała grzecznością i kindersztubą. Już wtedy przy każdym kontakcie odnosiło się wrażenie, iż ma się do czynienia z osobą nietuzinkową.

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2019 Highlander's Group