Czwartek, 22 października
Imieniny: Filipa, Halki
Czytających: 3717
Zalogowanych: 3
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Homel – zapomniane miasto partnerskie

Wiadomości: Jelenia Góra
Poniedziałek, 28 września 2020, 8:02
Autor: Stanisław Firszt
Homel–pałac/fot. Internet
Fot. Archiwum S. Firszta
W czasach kiedy kończył się komunizm, w całej Europie pozostawały jeszcze dawne, „socjalistyczne” przyjaźnie międzynarodowe, w ramach dawnych układów. Większość z nich nie dotyczyła już polityki, a kontakty między zwykłymi ludźmi bardzo zbliżały rozdzielone kiedyś narody. Tak było w przypadku mieszkańców miasta Homel, który był miastem partnerskim Jeleniej Góry, leżącego w ówczesnej Białoruskiej Republice Socjalistycznej, wchodzącej w skład z wolna upadającego ZSRR.

W końcowym okresie wymiany kulturalnej między Homlem (ponad 500.000 mieszkańców), a Jelenią Górą (ok. 100.000 mieszkańców) miałem okazję być goszczony i gościć naszych przyjaciół z Białorusi.

W czasie rewizyt na Białorusi, w latach 1988-1989, towarzyszył mi wybitny znawca szkła artystycznego Mieczysław Buczyński (właśnie bez echa minęła 15. rocznica jego śmierci). Pan Mietek (tak o nim zawsze mówiłem), urodzony w okolicy Tarnopola, był miłośnikiem wschodnich ziem dawnej Rzeczpospolitej i mieszkających tam ludzi. Ja nigdy nie byłem na Kresach. Dla niego był to powrót do dzieciństwa, dla mnie to była podróż w dzieje I Rzeczpospolitej.

Dzięki naszym kolegom muzealnikom z Białorusi nie musieliśmy trzymać się z góry zaplanowanego programu, tj. spotkań z władzami partyjnymi i lokalnymi, wizyt w zakładach pracy, itp. Mogliśmy nie tylko poznać bogate zbiory Muzeum Krajoznawczego w Homlu i sam obiekt, w którym się ono znajduje, ale także pałac Chaleckich w Chalczu oraz izbę pamięci staroobrzędowców w Wietce.

Jeszcze przed tymi wycieczkami dowiedzieliśmy się, że dyrektor Muzeum - Iwan Kozłow był Rosjaninem, ale pokochał ziemię białoruską i stał się Białorusinem. Wołodia Litwinow (archeolog - kolega po fachu) i jego wspaniała żona, Tatiana Litwinow, okazali się być oboje z pochodzenia Polakami i katolikami. Nosili krzyżyki i medaliki (wówczas było to niebezpieczne w ZSRR). On poprosił, abym do niego zwracał się Włodzimierz Litwin (Włodek). Ona zwróciła mi uwagę, żebym mówiąc o wspólnej historii naszych ziem nie mówił o Polsce, ale o Rzeczpospolitej, bo to ona była naszym wspólnym Państwem, Unią Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim, obywatelami którego czują się oni tak, jak czuli się ich przodkowie. Dla Włodka najświętszym symbolem była „Pagonia” czyli Pogoń Litewska i dwa najważniejsze kolory: czerwień i biel, jako kolory narodowe. Wspólnie uzgodniliśmy, że naszym dziedzictwem jest m.in. Adam Mickiewicz, który był z pochodzenia Białorusinem, czuł się Polakiem i pisał po polsku, a pisał „Litwo, Ojczyzno moja…”. Wieszcz był bowiem obywatelem Księstwa Litewskiego wchodzącego w skład Rzeczpospolitej, która już wówczas nie istniała.

Pałac, w którym mieści się Muzeum w Homlu, zbudowano na fundamentach średniowiecznego zamku Rzeczpospolitej. Zbudował go w XVIII wieku ulubieniec carycy Katarzyny II, generał-feldmarszałek Piotr Rumiancew, a w XIX wieku kupił go Iwan Paskiewicz i później przebudował, dzięki architektom i artystom z Warszawy. Tenże Paskiewicz, w czasie wojny polsko-rosyjskiej (1830-1831) pokonał wojska polskie (Powstanie Listopadowe), dokonał rzezi Pragi i za te czyny został księciem warszawskim, od 1832 roku, a następnie namiestnikiem Królestwa Polskiego (1832-1856). On to, rzekomo w prezencie od „wdzięcznych warszawiaków”, otrzymał w prezencie pomnik księcia Józefa Poniatowskiego. Przywiózł go do Homla i ustawił obok swojego pałacu (rzeźbę tę Polacy odzyskali na mocy Pokoju Ryskiego, w 1921 roku, dzięki zwycięstwu Piłsudskiego nad Leninem). Dzisiaj kopia tego monumentu stoi znowu w Warszawie, przy Pałacu Prezydenckim (dawnym Pałacu Namiestnikowskim). Jej oryginał został zniszczony w czasie Powstania Warszawskiego.

Będąc w Homlu przekonałem się, że w 1921 roku Sowieci nie oddali nam wszystkiego. W tamtejszym Muzeum nadal pozostaje oryginalny model pomnika autorstwa Thorwaldsena.

Włodzimierz Litwin pokazał mi ukryte przed oficjalnymi władzami skarby. Był to żeton z kasyna oficerskiego ze strażnicy KOP-u w Baranowiczach, całe pudełka ołowianych plomb z wyciśniętymi na nich nazwami pisanymi po polsku i rosyjsku, „Warszawa”, „Płock”, które świadczyły o handlu rzekami, a także nadpaloną księgę parafialną kościoła katolickiego w Homlu. Kościół ten, tuż przed wojną (1938 roku), na rozkaz Stalina został wysadzony w powietrze, spalony i całkowicie rozebrany.

Ojciec Włodzimierza, z narażeniem życia wygrzebał ją z popiołów. Brakowało wielu stron, ale te które pozostały mówiły wiele. Pierwsze zapisane były po polsku. Tam znalazłem wpis biskupa mohylewskiego, pisany piękną kaligrafią i opatrzony wspaniałymi pieczęciami. Następne strony były przekreślone, a na jednej z nich były zapisane po rosyjsku i pieczęcie z czarnymi dwugłowymi orłami carskimi oraz data 1864. Dalej księga była prowadzona już tylko po rosyjsku. Zorientowałem się, że dotknąłem żywej historii z Powstania Styczniowego, ok. 600 km od dzisiejszej granicy Polski. Tam też żyli Polacy i walczyli o wspólną wolność Rzeczpospolitej.

Ciekawy był wyjazd do pałacu w Chalczu, małej miejscowości nad rzeką Soż, dopływ Dniepru. Nasi gospodarze opowiedzieli nam jego historię. Okazało się, że zamek, a później pałac od średniowiecza należały do rodziny Chaleckich. Ostatnim jego właścicielem do 1805 roku był Stanisław Chalecki, a w 1812 roku kupił go Otto Woynicz-Sianożęcki. Poczułem się w nim jak w dawnej Rzeczpospolitej. Staliśmy na tarasie z galerią z widokiem na rzekę Soż i wtedy Włodek zapytał mnie, czy wiem, gdzie jestem. Dokładnie nie wiedziałem, tymczasem on wskazał na rzekę i powiedział, że tam na drugim brzegu to już nie Białoruś tylko Rosja. To tu była granica Rzeczpospolitej przed I rozbiorem. Mnie i Pana Mietka napełniło to jakąś dumą. Stąd do Jeleniej Góry było ok. 1200 km, to tak, jak z Jeleniej Góry do Hiszpanii. Taka była kiedyś Rzeczpospolita.

Innym razem zabrano nas do maleńkiej miejscowości Wietka. Tam, ok.1685 roku starowiercy na wyspie, na rzece Soż zbudowali swoje domy. Popowcy (biegłopowcy), jako przeciwnicy prawosławia byli zwalczani przez rząd carski. Ruch ten narodził się w 1656 roku. Włodzimierz i Iwan Kozłow obiecali nam, że w jednym z drewnianych, bogato rzeźbionych domów poznamy kogoś wyjątkowego. Do środka zaprosił nas stary, siwy mężczyzna, który jak się dowiedział, że jesteśmy wierzącymi z Polski to musi opowiedzieć nam historię staroobrzędowców. Było to dla nas wyjątkowe przeżycie, które pozostanie w moim sercu do końca życia.

Najpierw przedstawił nam wszystkie represje i kaźnie, które od carów doznali jego współtowarzysze. Ścinano ich, duszono, palono i topiono, ale oni się nie poddawali. Przez wszystkie te czasy towarzyszyła im mała ikona, która była ich największa świętością. W XVIII wieku władze carskie dwukrotnie paliły Wietkę i wysiedlały jej mieszkańców daleko na Syberię, a oni jakimś sposobem zabierali zawsze ze sobą tę ikonę. Gdy tylko umierał car, oni wracali piechotą i odbudowywali Wietkę. Podobną tragedię przeżyli podczas rewolucji, ale jak wszystko ucichło, wrócili do swojego miejsca. Ostatni raz w 1938 roku komuniści zrównali Wietkę z ziemią i ludność wywieźli na Kamczatkę. Kiedy skończył się stalinowski terror, starowiercy znowu piechotą wrócili i odbudowali Wietkę, po 1953 roku. Przywieźli ze sobą świętą ikonę i od tego czasu na wszelki wypadek nigdy jej nie pokazywali.

Teraz nasz gospodarz stwierdził, że nadszedł właśnie czas, na który on i jego współwyznawcy czekali od kilkudziesięciu lat. Zaprowadził mnie i Pana Mietka do niewielkiego pokoju, gdzie na ścianie wisiała ikona, a po jej obu stronach na kandelabrach stały dwie świece. Wyciągnął zapałki i zapalając świece powiedział, że na tę chwilę czekał ponad 30 lat i tracił już nadzieję, że kiedyś uda mu się je zapalić. Powiedział, że robi to pierwszy raz, bo nareszcie gości Chrześcijan i być może ostatni w swoim życiu. Dodał, że jest to ta właśnie ikona.

Staliśmy w osłupieniu, a z naszych oczu popłynęły łzy. To było coś nieprawdopodobnego i wielkiego. Nigdy nie myśleliśmy, że jako Polacy i Chrześcijanie, jako pierwsi staniemy przed tak cenną i najważniejszą ikoną starowierców.

Jeszcze przed wyjazdem do Jeleniej Góry pakowaliśmy do skrzyń szkła artystyczne z naszych zbiorów, które były prezentowane w Homlu. Ja owijałem je papierem, a Pan Mietek delikatnie układał. Po zamknięciu skrzyń miał je zaplombować i opieczętować celnik. Tymczasem zabawiał go wódką dyrektor, Iwan Kozłow. W tym czasie podszedł do nas Włodzimierz Litwin i niepostrzeżenie podał Panu Mietkowi jakieś duże zawiniątka, prosząc aby szybko je schował w skrzyni. Tak też się stało, a skrzynie zostały zamknięte i zabezpieczone.

Włodek chciał nam też jakoś przekazać swoje cenne pamiątki (monety, żeton i księgę parafialną), ale powiedziałem mu, że te obiekty muszą tam pozostać, bo są przecież dowodem na to, że kiedyś Homel należał do Rzeczpospolitej. Tego samego dnia, na koniec wizyty, Iwan Kozłow uraczył nas jeszcze jedną niespodzianką. Mogliśmy wejść do grobowca Iwana Paskiewicza i jego rodziny. Tam nie wolno było wchodzić nawet pracownikom Muzeum. Zdaliśmy sobie sprawę, że chyba jesteśmy jedynymi Polakami, którzy mieli ten „zaszczyt”.

Jak się okazało, nasi Przyjaciele z Białorusi zrobili nam jeszcze jedną niespodziankę. Otóż, kiedy zwiedzaliśmy magazyny zbiorów archeologicznych zachwyciłem się dużą ilością kości mamutów, a nawet ich sierści, upakowanej w plastikowych workach. Włodek zdziwił się, że w Jeleniej Górze takich zbiorów nie ma. I kiedy wróciliśmy do Jeleniej Góry i otwieraliśmy skrzynie z naszymi szkłami, znaleźliśmy wśród nich kości mamuta (kieł i ząb). Oba te obiekty są dzisiaj ozdobą zbiorów Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze.

Zwykłe i przyjacielskie stosunki Białorusi z Polską trwają cały czas, chociaż tam na Wschodzie żywsze są wspomnienia naszego wspólnego państwa – Rzeczpospolitej, za które razem przelewaliśmy krew. Nawet rozbiory, setki lat panoszenia się zaborców na tych ziemiach do dzisiaj nie wymazały tam naszej wspólnej historii.

Chcąc mieć dobre stosunki z krajami na wschód od naszych granic starajmy się unikać stwierdzeń, że była tam kiedyś Polska. Lepiej przypominać sobie, im i całemu Światu, że od stuleci istniało w Europie państwo zwane Rzeczpospolitą, w której skład wchodziło m.in. Królestwo Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie i wiele innych ziem i ludów, wyprzedzające Unię Europejską o 400 lat. A było ono Ojczyzną: Polaków, Białorusinów, Małorusinów, Ukraińców, Litwinów i wielu innych ludów, za którą wszyscy oni przelewali krew.

Twoja reakcja na artykuł?

16
94%
Cieszy
0
0%
Hahaha
1
6%
Nudzi
0
0%
Smuci
0
0%
Złości
0
0%
Przeraża

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (8) Dodaj komentarz

~Antykomuch 28-09-2020 10:25
I bardzo dobrze ,niech zapomniane będzie na wieki.Ze wschodu nigdy nic dobrego do Polski nie przyszło,z Zachodem też bywało różnie ale z dwojga złego lepszy zachód.
~DJ 28-09-2020 12:59
do: ~Antykomuch (10:25)
A Twoi rodzice czy dziadkowie skąd tu przyszli? Czyżby czasem nie ze wschodu?
~ 28-09-2020 13:14
Nieprawdopodobne jak przez stulecia nasi przodkowie zaprzepaścili taką potęgę jak Rzeczpospolista , moi dziadowie ze strony mamy pochodzili z okolic Homla .
~ 28-09-2020 15:06
Za komuny była całkiem konkretna współpraca.
~iiiiii 28-09-2020 22:57
Puenta w punkt.
~Dorsz 29-09-2020 8:15
Lubię teksty Pana Firszta; bo po nich to tak, jakby nałożył punkty na mapę moich doświadczeń. Pojawiają się nowe obrazy, moja historia nabiera nowych kształtów i kolorów.
~ 29-09-2020 10:34
ach ten Soż, Lejzorek i Ilja...
~g-a 9-10-2020 12:23
Byłam w Homlu na koloni międzynarodowej Polsko-Czesko - Białoruskiej w latach 80 było super nigdy jej nie zapomnę

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2020 Highlander's Group