Sobota, 16 stycznia
Imieniny: Waldemara, Włodzimierza
Czytających: 9650
Zalogowanych: 8
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

JELENIA GÓRA: "Czarna maska", czyli drwina śmierci

Sobota, 13 marca 2010, 21:21
Aktualizacja: Poniedziałek, 15 marca 2010, 7:47
Autor: TEJO
JELENIA GÓRA:
Fot. TEJO
Grozą i złowieszczym dymem kadzideł powiało ze sceny Teatru im. C. K. Norwida, który dziś wystawił historyczne, bo pierwsze w dziejach polskie teatralne wykonanie „Czarnej maski” w reżyserii Bogdana Kocy, mrocznego dramatu laureata nagrody Nobla Gerharta Hauptmanna po przeszło 80 latach od powstania dzieła.

„Czarna maska”, dramat napisany przez Noblistę w 1928 roku, a wystawiony po raz pierwszy dwa lata później, nie jest powiastką do poduszki. To sztuka, której głębia wymaga od odbiorcy sporo zaangażowania i wiedzy o czasach zamkniętych w klamry fabuły. Choć oczywiście nie brakuje przesłania uniwersalnego.

Spotkanie towarzyskie na obiedzie w bogatym domu burmistrza Schullera w roku 1662 w Bolkowie (Bolkenhein) to punkt wyjścia dramatu. Tutaj, po krwawej religijnej wojnie trzydziestoletniej i pokoju westfalskim, podczas okresu karnawałowego w oazie spokoju – jak się okaże – jedynie pozornego - zjawia się cały niezwykle szalony różnorodny korowód postaci.

Na scenie, w dusznym wnętrzu mieszczańskiego salonu z XVII wieku, akcentem skupiającym akcję jest niczym żywcem wyrwany z obrazu Leonarda da Vinci „Ostatnia wieczerza” długi stół pośrodku. Mebel przesuwa się w trakcie przedstawienia i przy nim skoncentrowana jest akcja. Każdy z biesiadników jest uwikłany w sprzeczne z innymi interesy i wbrew własnemu sumieniu usiłuje grać narzuconą sobie rolę. A wszystko rozgrywa się na granicy realizmu i symbolizmu.

Kiedy towarzystwo – w trakcie zabawy – zaczyna sobie wytykać rozmaite zaszłości, w ogrodzie zjawia się tajemnicza Czarna Maska (gościnnie Rozalia Wiśniewska). Czy jest to symbol zapustnej zabawy czyli postać karnawałowa? Zwiastun śmierci jako sytuacji granicznej, która sprawia, że pękają ramy konwenansu i zaczynają się ujawniać prawdziwe oblicza bohaterów? Czy może widmo mrocznej przeszłości burmistrzowej Benigny. Jej przeciwieństwem jest burmistrz Schuller. Miłość do żony rozkazuje mu być ślepym na rzeczywistość i nie słuchać głosu rozsądku. Jednak oszukuje sam siebie i pogrąża się w samotność.

Każda postać zarysowana została dosyć wyraziście, choć niektóre – zwłaszcza drugoplanowe role – można by nieco bardziej nasycić. Prym wiedzie pełniąca godnie honory domu Benigna (Elwira Hamerska-Kijańska), małżonka Silvanusa Schullera (Tadeusz Wnuk), burmistrza Bolkowa. U nich spotykają się przedstawiciele różnych wyznań, stanów, a nawet ras.

Domownikami są także: mulatka Arabella (Katarzyna Janekowicz), córka Benigny ze związku ze zbiegłym niewolnikiem Murzynem Johnsonem, lękliwa Róża Sacchi (Agata Moczulska), powiernica Benigny i gospodyni oraz trzech służących w domu burmistrza:chorobliwie delikatna Daga (bardzo sugestywna Elżbieta Kosecka), szalony jansenista Jedidja Potter (Jacek Paruszyński) oraz hugenot François Tortebad. W tym epizodzie Piotr Konieczyński gra bardzo udanie i to za pomocą zupełnie innych środków niż te, którymi wykreował postać Schmidta, służącego w "Kolacji na cztery ręce".

Wśród zaproszonych gości pojawiają się: wyrachowany przyjaciel burmistrza żydowski kupiec Löwel Perl (Jacek Grondowy), rozpustny hrabia Ebbo Hüttenwächter (Bogusław Siwko) i jego żona Laura (Iwona Lach), przewrotny katolicki opat klasztoru w Hohenwaldau Robert Dedo (Robert Mania), ewangelicki pastor Wendt (Andrzej Kępiński) i muzyk Hadank (Robert Dudzik).

Wokół postaci spektaklu o wręcz pogmatwanej psychice krąży widmo śmierci. Wszędzie pleni się zło i jak dżuma zaraża sobą ludzi. W skutek nieszczęśliwej historii życia Benigna popada w obłęd. Grozę wzmagają wiadomości o zbliżającej się zarazie, śmierć służącego Pottera oraz niewyjaśniony zgon burmistrzowej. Największe napięcie budowane z mocą muzyki z łacińskim tekstem Carminy, Ody II Horacego: „Z modlitwy naszej drwi śmierć niepobożna…” . To wszystko przy upiornej wizji dance macabre, popularnego motywu w sztuce.

Zagrożenie szalejącą zarazą, wojnami religijnymi, niepokojami społecznymi ujawnia w bohaterach dramatu to, co w normalnych czasach bywa skrywane: prawdziwą naturę człowieka. Przestają obowiązywać konwenanse. Każda z postaci ma swój grzech, który pożera jej sumienie. Tak było w dawnym Bolkenhein w wyobraźni twórczej Hauptmanna, tak jest w dzisiejszej Jeleniej Górze. Tak jest wszędzie. „Czarna maska” Kocy stała się swego rodzaju metaforą napięć i konfliktów drzemiących w relacjach międzyludzkich.

Bogdan Koca (reżyser, a także autor scenografii) jako pierwszy zasiał hauptmannowskie ziarno na polskim polu desek teatru dramatycznego, którego do tej pory nikt nie uprawiał. Twórczość noblisty, mimo swoistej mody, a wręcz wewnętrznego nakazu do jej poznania, wciąż pozostaje na marginesie zainteresowań czytelnika. Hauptmann stereotypowo jawi się jako ciężki w odbiorze starzec, którego rozumieli – a i to nie zawsze – jedynie mu współcześni.

Polska prapremiera „Czarnej maski” jest więc pierwszym krokiem do podniesienia kurtyny milczenia nad dziełem mistrza pióra z Agnetendorfu. Jako realizacja teatralna „Czarna maska” sprawdza się, jeśli chodzi o budowanie nastroju i mrocznego klimatu dzieła. Dzieje się to także dzięki kostiumom Elżbiety Terlikowskiej. Godne pochwały są efekty dźwiękowe oraz wizualne i przejmująca muzyka Zbigniewa Karneckiego. Gorzej ma się wartkość akcji. Ale przecież – jak wspomniano – nie jest to lektura do poduszki. Chyba że ktoś lubi senne koszmary.

Sztuce towarzyszy wystawa poświęcona historii powstania „Czarnej maski”. Relacja z wernisażu tego wydarzenia – później. Teatr im. C. K. Norwida ma dla Czytelników „Jelonki” po dwa podwójne zaproszenia na spektakle w niedzielę (14 marca) oraz 20 i 21 marca. Zaproszenia do odbioru w kasie na hasło Jelonka.com przed spektaklami, które zaczynają się o godz. 19.

Czytaj również

Komentarze (20) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group