• Piątek, 6 grudnia 2019
  • Godz. 22:21
  • Imieniny: Emiliana, Mikołaja, Jaremy
  • Czytających: 7580
  • Zalogowanych: 10
  • Niezalogowany | Zaloguj | Rejestracja

Czarne chmury nad basenem w pierwszy dzień lata

Wiadomości: JELENIA GÓRA
Sobota, 21 czerwca 2008, 13:19
Aktualizacja: 13:23
Autor: TEJO
Fot. TEJO
Na palcach można było policzyć kąpiących się na miejskiej pływalni w dniu jej otwarcia, czyli w sobotę. Nadzieję na lepszy sezon dają meteorolodzy, którzy w przyszłym tygodniu zapowiadają żar lejący się z nieba.

– Jest ciepła! – mówili o wodzie Dawid Hykalik i jego kolega Bartek, którzy jako jedni z pierwszych przyszyli „ochrzcić” basen w dniu jego otwarcia. Ale szczękali z zimna zębami. Na kąpieliskiem przy ul. Sudeckiej wisiały czarne chmury i deszcz. Na szczęście nie padało.

Nad bezpieczeństwem kąpiących się czuwało kilku ratowników. W pierwszych godzinach nie mieli za wiele do roboty, bo i chętnych do skoków, ani do żabki nie było.

Na basenie nie ma technicznych nowości. Placówkę solidnie wyremontowano i posprzątano. Odnowiono też kosmetycznie niecki. Na żądnych wodnych wrażeń czekają zjeżdżalnie i wieża do skoków. Trzeba jednak cierpliwie poczekać, bo – póki co – stały puste.

Więcej zainteresowania wzbudziły boiska sportowe. Tam młodzi ludzie kopali piłkę i grali w siatkówkę plażową. Wynik jednej z pierwszych futbolowych potyczek był hokejowy: 12:2 Zawodnicy dostali w nagrodę wafelki. – Spodziewałem się większego ruchu – mówił Leszek Oleksy z Międzyszkolnego Ośrodka Sportu. – Ale przy takiej pogodzie nie ma się co dziwić, że ludzi jest mało.

Mogłoby ich być więcej, gdyby wejście na basen było nieco tańsze, lub – w przypadku dzieci – darmowe. W tym sezonie bilety podrożały o 50 groszy, ale tylko dla starszych. Dorośli płacą 8 złotych. Dzieci i młodzież – bez zmian: 3,50 zł. – Ale dla wielu to i tak nie jest mało, zważywszy, że wakacje trwają dwa miesiące, a na basen chodzą ci, którzy zostają w mieście – usłyszeliśmy od jednego z pracowników.

MOS musi jednak na jedynym basenie jeleniogórskim zarabiać. Cała nadzieja w ładnej pogodzie. Bez niej sezon zakończy się, jak to często u nas bywa, pod kreską.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (16) Dodaj komentarz

~xyz 21-06-2008 14:07
ale Pani bileterka ładna....pozdrawiam
~fan komuny z kowar 21-06-2008 14:48
A ja też kocham piipi
zloty666 21-06-2008 16:02
znaczy się nadal warto wybrać się większą ekipą do Liberca do aquaparku . . .; bo w Jeleniej Górze nadal obiecanki macanki
~Komentator 21-06-2008 16:03
~em. ks. prof. zw. dr hab. inż. arch. lek. med. Walenty Kwiczoł 21-06-2008 16:24
Co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem. W końcu, po długich miesiącach oczekiwań, mamy znowu lato. Na Islandii pierwszy dzień Lata jest jednym z jedenastu dni kiedy to wywiesza się flagę narodową. Według Uniwersytetu Islandzkiego pierwszy dzień lata jest także liczony jako początek roku i to od tego dnia wielu ludzi liczy swój wiek, a także wiek swojej trzody. Dość popularnym było rozdawanie prezentów na pierwszy dzień Lata na Islandii na 4 wieki przed przyjściem tradycji chrześcijańskiej w czasie świąt Bożego Narodzenia. Rolnicy biorą wolne od swoich codziennych prac, dzieci mają wolne od szkoły, znany był też jako Dzień Dziecka. W innej tradycji Pierwszy Dzień Lata zwany Huslestur, gromadził ludzi na wspólnym czytaniu i słuchaniu Islandzkich Sag, wierszy i innej literatury. Jeśli pogoda dopisuje farmerzy wypuszczają już swoje bydło na pierwsze wypasy. Choć ciężko w to uwierzyć na Islandii faktycznie jest ciepło. Mimo, że termometr pokazuje około plus 7 stopni to gdy przestaje wiać wiatr robi się naprawdę gorąco. Długość dnia przybiera na sile z każdym dniem około 7 minut. Człowiek dostaje nowej dodatkowej energii i naprawdę czuje się lato. Możliwe że dziś dla wielu turystów Islandia to tylko kolejne miejsce do „odhaczenia”, okazja do wysłania ładnej kartki pocztowej, jednak dla kogoś komu niemal od dziecka wyobraźnię podsycały opowieści, zdjęcia i książki, kto był zakochany w tamtejszej muzyce i krajobrazach, dla niego będzie to podróż wręcz mistyczna. Odbyłem taką podróż z grupą emerytowanych zakonnic z parafii dwa lata temu. Planując wyprawę specjalnie nie wczytywaliśmy się w relacje, nie studiowaliśmy dogłębnie przewodników chcąc zostawić sobie miejsce, które spontanicznie i nieprzewidywalnie wypełni nam „przygoda”. Ostatecznie ruszyliśmy w dwie „dwójki” z różnych stolic europejskich – Berlina i Londynu ześrodkowanie planując w okolicach Reykjawiku – stolicy Islandii. Jako środek transportu wybraliśmy tanie linie lotnicze, gdyż ograniczeni z jednej strony czasem (podróż promem trwa ok. 5 dni), z drugiej budżetem (przeprawa z Anglii jest droższa niż samolot) woleliśmy mieć zapas jednego i drugiego na samej wyspie. Pierwsze kroki po wyjściu z samolotu, pierwszy powiew wiatru i haust powietrza uświadamiają nam, że oto naprawdę tu jesteśmy; mamy pod stopami legendarną wulkaniczną wyspę, mityczną Ultima Thule – koniec świata, ziemię najdalszą. Następnie rzuca się w oczy przestrzeń – wielki niezagospodarowany obszar, gdzie nitka asfaltu skromnie i jakby z respektem wije się wśród zakrzepłej lawy. Kolejnym naszym odkryciem, zarazem przedmiotem obaw był autostop, gdyż tak właśnie zamierzaliśmy podróżować po wyspie. Pierwszy zatrzymany samochód rozwiał nasze wątpliwości i wlał nadziei w serca – kierowca dowiózł nas na miejsce nadrabiając spory dystans, opowiadając po drodze o historii i kulturze swojego kraju. Naszym pierwszym przystankiem była jedna z najbardziej znanych atrakcji turystycznych – Błękitna Laguna. Za przywilej kąpieli w geotermalnym jeziorku o niewyobrażalnie błękitnym kolorze wody, pośród buchającej z ziemi pary, trzeba zapłacić ok. 100zł. Tym razem obyliśmy się zdjęciami. Natomiast biwak na polu lawy porośniętym grubym na 40cm dywanem z mchu stanowił ukoronowanie tego niezwykłego dnia. Islandia należąc do ścisłej czołówki najdroższych państw świata nie jest łaskawa dla osób liczących każde wydane Euro, a wstępną eliminację prowadzi już na etapie podróży. Tak więc stanowiliśmy jaskrawą przeciwwagę dla turystów wożonych autokarami lub samolotami od jednej atrakcji do drugiej, a wszelkie konfrontacje rodziły przezabawne czasem kontrasty. Oto my, polscy studenci, z plecakami pełnymi krajowego jedzenia, łapiemy na stopa Amerykanina, który przyleciał tu na jednodniową konferencję i gna właśnie wynajętą terenową limuzyną. Przegryzając hot-doga.i popijając kupioną naprędce Colą cieszy się że ktoś (my) będzie mu mógł robić zdjęcia przy różnych atrakcjach. Turystyka jest jedną z najbardziej dochodowych gałęzi gospodarki Islandii; w ciągu sezonu tą liczącą 300tys mieszkańców wyspę odwiedza kilka milionów turystów. Nic więc dziwnego, że podczas naszej podróży spotykaliśmy ludzi z całego świata, od Ziemi Ognistej po Izrael no i oczywiście obowiązkowo Japonię. Islandczycy natomiast to naród wielce spokojny, twardzi ludzie morza, których charaktery przez długie wieki kształtował surowy klimat wyspy. Mała liczba mieszkańców stworzyła na wyspie rodzaj wspólnoty – każdy zna się osobiście lub poprzez znajomego. Jakkolwiek gościnność jest u nich bardzo ograniczona to życzliwością i uczynnością rekompensują to znakomicie. W pogoni za znajomymi, którzy przybyli na wyspę tydzień wcześniej i już zdążyli zwiedzić okolice Reykjawiku, wydostajemy się na drogę narodową numer 1 czyli tzw. Ring Road. Jest to główna magistrala kraju, którą zamierzaliśmy objechać wyspę dookoła. Mijając Reykjawik, w którym żyje ponad połowa całej ludności wyspy, udajemy się południową stroną do miasteczka Sellfoss, gdzie spotykamy się wreszcie wszyscy razem. Kasia i Szczepan zatoczyli pętlę po najbardziej reprezentatywnych atrakcjach Islandii takich jak: wybuchający regularnie na wysokość kilkudziesięciu metrów gejzer Strokkur, czy majestatyczny wodospad Gullfoss. Wspólnie postanawiamy, że następnym celem będzie jeden z największych obszarów geotermalnych na świecie – Landmannalaugar. Życie na Islandii toczy się tak naprawdę na wybrzeżu, podczas gdy środek wyspy, srogi Interior, to kraina gdzie wyganiano ludzi wyjętych spod prawa. Wszelkie drogi odchodzące od Ring Road są przeważnie szutrowe i jeśli zagłębiają się w Interior to wymagają samochodu z napędem na cztery koła. My właśnie stanęliśmy po raz pierwszy przy takiej drodze i chyba po raz pierwszy poczuliśmy skutki naszej decyzji o poruszaniu się autostopem. O ile częstotliwość ruchu pojazdów na drodze głównej wynosiła ok. jednego samochodu na 5 min, o tyle na naszej drodze pojawiały się one znacznie rzadziej. Ustalamy zatem miejsce spotkania i rozdzielamy się po raz kolejny na „dwójki”. Tego dnia wylądowaliśmy u podnóży wciąż czynnego wulkanu Hekla, którego erupcja w czasach średniowiecza przyczyniła się do zmiany klimatu w Europie na samej wyspie przykryła polem lawy obszar o szerokości 150km. Potem na tej drodze łapaliśmy stopa w niewyobrażalnych dla nas miejscach, przeszliśmy również w bród przez naszą pierwszą rzekę by ostatecznie dotrzeć do campingu otaczającego ciepłe źródła. Miejsce oprócz termalnych kąpieli stanowiło początek jednego z najpiękniejszych szlaków na ziemi, prowadzącego przez pola lawy, pustynię, lasy, rzeki i wodospady do miejscowości Skogar. Podczas wędrówki mogliśmy napatrzeć się na „dymiące góry”, szmaragdowe, parujące jeziorka, całe bogactwo form, których nawet nie potrafiliśmy nazwać. Islandia bowiem leży na styku dwóch płyt kontynentalnych: amerykańskiej i europejskiej, z tarcia których wytworzyła się lawa formująca dzisiejszą wyspę. Lawa wyniosła na powierzchnię również niezmierzone bogactwo minerałów tworząc istny raj dla geologów; co rusz potknąć można się było o różnokolorowe kamienie. Największą przeszkodą podczas tej kilkudniowej wędrówki okazały się rzeki, których przekraczanie było koniecznością. Niestety nie mieliśmy sandałów, które w tym przypadku byłyby zbawieniem. Woda sięgająca do połowy uda, śliskie i obłe kamienie na dnie w połączeniu z rwącym nurtem dawały nam dosyć dużą porcję adrenaliny. Po drodze wkroczyliśmy także do islandzkiego lasu, miejsca o tyle niezwykłego, że krąży anegdota, która mówi „jeżeli zgubiłeś się w islandzkim lesie to wstań”. Najwyższe drzewo na wyspie pochodzi z 1938r. i ma 20m wysokości. W lasach tych rosną jednak w odróżnieniu od drzew wielkie grzyby, z pewnością nieobecne w tamtejszej diecie. Ostatni dzień przejścia napełnił nasze uszy grzmotem przelewającej się rzeki, naszym oczom ukazując niesamowicie malownicze wodospady, których na 10-cio kilkometrowym odcinku naliczyliśmy ok. 25. Do niektórych z nich w mrocznych czasach średniowiecza spychano bandytów, a matki w ten sposób pozbywały się niemowląt, których nie mogły wychować. Po zejściu do głównej drogi kolejnym punktem spotkania uczyniliśmy miejscowość Vik. Z racji kończących się zapasów musieliśmy się zaopatrzyć w jedynym markecie w tej 300-osobowej mieścinie. Tam też dostaliśmy szkołę umiejętnego gospodarowania ograniczonymi zasobami pieniężnymi; ceny były tak horrendalne, że obyliśmy się bez podstawowych produktów, które przegrały w konkurencji z zupełnie najpotrzebniejszymi. Biwakując nieopodal słynnej czarnej plaży nie mogliśmy odmówić sobie kąpieli w lodowatym Atlantyku. Tam tez natknęliśmy się na jeden z symboli wyspy – maskonura; te kolorowe ptaszki tysiącami zamieszkiwały pobliską skarpę. Uzależnieni od autostopu staraliśmy się trzymać głównej drogi, wpatrując głównie tych atrakcji które są z niej osiągalne. Do takich miejsc należało jezioro Jokulsarlon, które pokryte odłamkami lodowca przypominało raczej bardziej na północ wysunięte tereny. Droga doprowadziła nas w końcu do parku narodowego Skaftafell, gdzie znajduje się najwyższy szczyt Islandii – Hvannadalshnukur (2119m), jeden z głównych celów naszej wyprawy. Wejście na niego przypominało miejscami arktyczne wędrówki zdobywców biegunów, gdyż silny i mroźny wiatr w połączeniu z mgłą zmniejszał zakres widoczności do kilku metrów. Sam szczyt to olbrzymi nawis śnieżny stanowiący część największego lodowca w europie – Vatnajokoll. Podbudowani sukcesem lec już nieco zużyci górskimi przejściami postanowiliśmy udać się bezpośrednio na północ wyspy, skąd wiedzie droga na wulkan Askja, w sam środek Islandii. Zatem znowu autostop, który we wschodniej części często uczył nas pokory i cierpliwości. Często kierowcy wysadzali nas „w środku krajobrazu” bo akurat skręcali tam na ryby. W wielu miejscach jedyną oznaką cywilizacji był asfalt drogi na której czekaliśmy, a czekaliśmy nawet 4 godziny. Paradoksalnie najmniej chętni do zabierania byli kierowcy „camperów” czyli dużych samochodów kempingowych posiadających dość miejsca aby pomieścić drużynę piłkarską. Zawsze jednak grzeczni Niemcy, Anglicy czy Francuzi uśmiechali się lub machali do nas. Największe wyzwanie „autostopowe” było wciąż przed nami. Oto z drogi nr 1 biegnącej przez 300km totalnego pustkowia odchodzi ledwo dostrzegalna odnoga, biegnąca w sam „środek niczego” jeszcze ponad 120km. Stoimy i czekamy. Po 20 minutach przejeżdża drogą główną następny samochód i to nasuwa nam pierwsze wątpliwości co do wykonalności naszego zamierzenia. Zamiast czekać postanawiamy iść, zwłaszcza, że w w pobliżu nie ma wody, a krajobraz pozbawiony jest jakiejkolwiek roślinności; było to miejsce w którym Amerykanie trenowali przed lotem na Księżyc. Po 11 kilometrach przebytych pieszo na horyzoncie ukazuje się samochód jadący ku nam – nasza jedyna okazja. Zapewne wielce zdziwione małżeństwo Holendrów dowozi nas po kilku godzinach tułaczki po bezdrożach pod Askję gdzie postanawiamy biwakować. Całą noc wieje i pada deszcz, namiot i wszystko w środku podmaka, nie ma zasięgu telefonów, nie wiemy gdzie jest reszta, nie dochodzą tu nawet fale radiowe; nic dziwnego, że przeżycie w tych warunkach czyniło z człowieka bohatera sag i mitów. Rano zwijamy się lekko przemoczeni, ale zdeterminowani by wejść na wulkan do którego mamy jeszcze 8km. Podczas podejścia mija nas zjeżdżający w dół autobus, jak się okazało ostatni w tym roku. Na brzeg krateru dochodzimy już w kompletnej zamieci śnieżnej. Kilka szybkich zdjęć i odwrót, gdyż nasze mokre ubrania zaczęły zamarzać na wietrze. Niestety właśnie powrót budził nasze największe obawy; wydostanie się stąd bez samochodu graniczyło z cudem, a wszystko wskazywało na to, ze niewielu turystów zechce się zmierzyć z tutejszą zimą. Na kempingu z którego startowaliśmy stało tylko jedno auto. Na szczęście wracając minęliśmy się z dwójką ludzi, na których poczekaliśmy potem przy samochodzie. Z pewnością szalejąca śnieżyca przekonała tą parę Szwajcarów żeby nam pomóc nie bacząc na nasze zewnętrzności pokryte śniegiem i błotem. Po kilku godzinach byliśmy z powrotem na ring road. Był to jeden z wielu autostopowych „cudów”. Po doprowadzeniu się do stanu używalności skontaktowaliśmy się z pozostałą dwójką, która już od 2 dni siedzi w Akureyri – drugim co do wielkości mieście Islandii, i po przełączeniu się z pozycji „travel” na „work” zaczyna poszukiwania pracy. Zatem my tez postanawiamy podreperować swoje budżety i i gnając przez pół dnia ciężarówką mijamy po drodze Jezioro Myvatn, obszar wręcz usiany geotermalnymi kompleksami. Elektrownie w takim miejscu buduje się dosyć łatwo: wystarczy na buchającą z głębokości kilku km parę wodną nałożyć turbinę generującą prąd. Nic więc dziwnego, że energia wyprodukowana na Islandii pochodzi w 98% ze źródeł odnawialnych, a po stolicy zaczynają już jeździć autobusy napędzane ogniwami wodorowymi, całkowicie neutralne dla środowiska. Miasto Akuryeri leży na północnych fiordach i mieszka w nim ok. 15tys ludzi. Tam też po raz pierwszy spotykamy rodaków, którzy przybyli tu w poszukiwaniu lepszego życia. Polska emigracja sprawiła, iż jesteśmy w tym kraju największą mniejszością narodową, jednak gdy mówiliśmy skąd jesteśmy Islandczyków ogarniało zdumienie, że... mówimy po angielsku. Przyczyną tego są pracownicy zatrudnieni przez agencje pośrednictwa, werbujące ludzi do prostych robót fizycznych. Nasze starania i desperacja w poszukiwaniach sprawiły, że już drugiego dnia mieliśmy jakieś posady. Czas wolny spędzaliśmy poznając życie Islandczyków, rozmiłowanych w weekendowych szaleństwach i muzyce. Ta druga namiętność jest aż nazbyt widoczna; w jednej z miejscowości liczącej ok. 1600 mieszkańców są 2 chóry i 5 zespołów muzycznych, a polscy nauczyciele muzyki są tutaj bardzo szanowani. Bolejąc nad tym, że nie jest możliwe doświadczenie tego kraju w czasie miesięcznej wizyty, wracam do domu pokonując ostatnie 500km na południe wyspy. Wysiadając na lotnisku w Berlinie wita mnie złota jesień, w pośpiechu ściągam polary i kurtki. Czasami trzeba przebyć długą drogę żeby uświadomić sobie istnienie najprostszych rzeczy i to jak może ich brakować; patrząc na drzewa i czując ich intensywny zapach poczułem, że wróciłem. Islandia z pewnością pretenduje do miana najbardziej fotogenicznego zakątka na świecie, natomiast tamtejsza mieszanka klimatu, krajobrazów i kultury, lodu i ognia, generuje niezapomniane wspomnienia. Mam nadzieję, że wybaczycie mi, Drodzy Jelonkowiczę, tę garść wspomnień i refleksji z przeszłości. A może posłużą Wam one jako ochłoda w upalne, letnie dni? A takich właśnie dni w nadchodzące szybkimi krokami wakacje sobie i Wam życzę. To co wykwiczałem, na własne oczy widziałem.
~Komentator 21-06-2008 20:54
~skalek 21-06-2008 22:08
Kwiczoł,ja też potrafię"wytnij i wklej"ale to jest nudne,napisz coś od siebie.
~ 21-06-2008 22:34
a kogo to obchodzi?
~do Kwiczoła 22-06-2008 0:19
do medyka się udaj i głowe swą ratuj ,to jest rada!!
~Pytanko małe do Redakcji 22-06-2008 0:37
<i> to drugie</i> :-)
~_rymcycymcy___ 22-06-2008 1:36
Ciekawy jestem, czy tym plastikowym, przedwojennym dziewczynom załatano uszkodzenia. To jedyny taki fajny przypadek ...lata lecą, a tu żadnych celulitisów ;)
~grr 22-06-2008 2:42
a kiedy zrobia solidne wypelnienie basenow z kwasowki?
~młody 22-06-2008 11:40
a ja tam wolę basen w miłkowie przynajmniej jest przyjemnie i bez tłoku ..... pozdrawiam kadrę ratowników z miłkowa
~do kwiczoł 22-06-2008 11:59
ales sie rozpisał profesorku.
~Fido 22-06-2008 13:18
Długość tekstu wystraszy 99 % czytelników i tyle masz z tego pisania.
~zibel 22-06-2008 15:34
Ja byłem na dzień otwarcia :D. Ja sam nie pływałem ale mój kolega się skusił na wejście do wody :P skoczył nawet z 3 xDDDD żal.xD ...Ja ide w poniedziałek na basen czyli jutro , i zobaczymy jak będzie , powiem wam jaka woda :D .. Pozdro

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2019 Highlander's Group