Sobota, 19 czerwca
Imieniny: Gerwazego, Protazego
Czytających: 5229
Zalogowanych: 6
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Jelenia Góra: Zakazane lektury

Niedziela, 3 czerwca 2007, 0:00
Autor: TEJO
Jelenia Góra: Zakazane lektury
Fot. Archiwum
Zasada przekory może uratować lepsze dzieła literackie przed zapomnieniem. Ale urzędnicza fantazja może także skutecznie oduczyć młodych ludzi czytania.

Na kilka tygodni przed wakacjami Ministerstwo Edukacji Narodowej zafundowało uczniom i polonistom ulepszoną wersję listy lektur szkolnych. Przetoczyły się już pioruny potępienia jak i fala burzliwych oklasków za proponowane przez Romana Giertycha, nafaszerowane duchem wszechobecnego patriotyzmu zmiany.
Kapuściński zamiast Gombrowicza, Witkacy do kąta, za to Dobraczyński. Myśliwski, bo łatwiejszy niż Goethe. No i koniecznie Jan Paweł II – lektura obowiązkowa. I spora dawka Sienkiewicza na deser.

O ile papieskiej literatury nikt się nie czepia, bo po pierwsze nie wypada, a po drugie nie ma powodów, o tyle pozostałe pozycje, które pojawią się w obowiązkowym kanonie, wzbudzają wiele emocji. Raczej negatywnych. Otóż z piedestału wyróżnienia, jakim teoretycznie jest lista lektur szkolnych, znikają kultowe nazwiska. Pojawia się te, mniej kultowe, niektóre wręcz kontrowersyjne. Może poza Ryszardem Kapuścińskim i trącącym mychą Sienkiewiczem Henrykiem, których nikomu polecać specjalnie nie trzeba.

Obowiązek ma to do siebie, że rzadko kiedy wypełnia go się z przyjemnością, a jeszcze częściej – wcale. I tak jest również ze szkolnymi lekturami. Jak trzeba przeczytać, to z góry wiadomo, że mało kto to uczyni.
Osobiście wolałem zakazanego Stachurę niż cierpienia przy czytaniu „Cierpień młodego Wertera” Goethego, czy katusze oraz niestrawność po „Nie-Boskiej komedii” Krasińskiego.
Zakwalifikowanie do kanonu lektur raczej przez to nobilitacji dziełom literackim nie daje. W podświadomości uczeń (i nie tylko) ma zakodowane, że na tej liście pozycje wartościowe są tylko dla nauczyciela, który zjadł zęby na wielokrotnym omawianiu tej samej książki.

Tak oto zapewne garstka uczniów przeczytała rzeczonego Witkacego, Gombrowicza, Goethego. „Proces” kojarzy im się z salą rozpraw sądu przy Wojska Polskiego bardziej niż z Kafką, w samo nazwisko pisarza bardziej przypomina małą czarną rozpuszczalną. Sądzę, że umieszczenie tych książek na indeksie tylko pomoże samym dziełom, bo utwór zakazany zawsze stanowi większą pokusę, aby go przeczytać.
O ile w uczniach uda się przezwyciężyć modę na pochłanianie streszczeń z www.sciaga.pl, zastępujących ostatnio wszystkie mniej lub bardziej ważne lektury.

Za to nakaz przetrawienia Jana Dobraczyńskiego (szacunek dla Jego dzieła, ale i klapsy za kolaborację z Wojskową Radą Ocalenia Narodowego) może przynieść skutek zupełnie odwrotny. Książki tego pisarza, jak i innych pozostałych wskazanych przez ministerstwo autorów, mogą zarosnąć jeszcze grubszą warstwą kurzu na bibliotecznych półkach.
Podobnie jak omawianie i wkładanie do schematycznych szufladek lekcji języka polskiego dzieł Jana Pawła II, przeznaczonymi raczej do lektury osobistej i zupełnie prywatnej nad nimi refleksji.
Urzędnicza fantazja może zabić styl i niepowtarzalność Kapuścińskiego, którego wśród uczniów zohydzą przyzwyczajone do schematyzmu panie i panowie poloniści.

Może być jeszcze gorzej. Zrażeni lekturą czegokolwiek, może poza coraz bardziej szmirowatym Harrym Potterem (na szczęście cykl się kończy) uczniowie, w ogóle przestaną czytać. Bo i po co? Do zdania na miernym poziomie egzaminu maturalnego wystarczy hasłowa wiedza zaczerpnięta z internetu. Po diabła się więc przemęczać i dodatkowo nadwyrężać wzrok literkami?

To będzie skutek nadgorliwości i działania wbrew zdrowemu rozsądkowi urzędniczej bandy, która – jak widać na omawianym przykładzie – już przynosi więcej szkody niż pożytku.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (14) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group