Piątek, 4 grudnia
Imieniny: Barbary, Piotra, Jana
Czytających: 4652
Zalogowanych: 3
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Zaczytaj się z Jelonką.com

Wiadomości: Jelenia Góra
Piątek, 3 kwietnia 2020, 8:26
Aktualizacja: Poniedziałek, 6 kwietnia 2020, 11:41
Autor: KK
Fot. Książnica Karkonoska
Bibliotekarze jeleniogórskiej Książnicy Karkonoskiej proponują kolejne książki, które – ich zdaniem – warto przeczytać. Dlaczego? O tym piszą w swoich recenzjach.

Dziennik 1954. Leopold Tyrmand

„Widzisz, tak tu sobie leżysz, niegdyś popularny dziennikarz i publicysta, beniaminek „Przekroju”, imprez jazzowych i świetnie zbudowanych dziewczyn, a także kobiet o bujnej urodzie, adresat licznych listów od czytelników, wyróżniający się sposobem ubierania, a także krytyk teatralny katolickiego czasopisma.” Ten ironiczno-łzawy monolog Leopold Tyrmand wygłasza sam do siebie, gdy, pokonany przez grypę(!) i bardzo wysoką gorączkę, próbuje sięgnąć po kubek z wodą, a ten gigantyczny wysiłek „wydał się przedsięwzięciem z kategorii zdobywania Monte Cassino.” Można te słowa odczytywać wprost, można i szerzej – jako zobrazowanie sytuacji Tyrmanda wtedy, w 1954 roku. Ceniony publicysta, barwna postać Warszawy, arbiter elegancji, wykształcony i oczytany popularyzator zachodniej kultury i egzystencjalnej mody (to czas dziewczyn, które stylizują się na Joannę Madou, bohaterkę „Łuku Triumfalnego”), jednego dnia, wraz z odebraniem Jerzemu Turowiczowi „Tygodnika Powszechnego”, zostaje wtrącony w literacki i, w jakimś sensie, życiowy, bo materialny niebyt. Zaczyna prowadzić dziennik. Pisze oczywiście do „szuflady”, bo na druk nie ma najmniejszych szans. Minęło wiele lat zanim jego zapiski mogły ujrzeć światło dzienne, a i tak nadal były dla władzy niebezpieczne – prywatny egzemplarz, który leży przede mną, pierwsze wydanie krajowe z przełomu lat 1988/1989, w wielu miejscach przerywane jest zapisem cenzorskim [- - - Ustawa z dnia…], co w żaden sposób nie przeszkodziło, aby, obrosły legendą Dziennik, natychmiast stał się lekturą kultową, obowiązkową dla każdego myślącego człowieka. Odczytywano go różnie. Jako świadectwo tamtych czasów, kronikę zagrożonej kultury i prawa do niepoprawnego myślenia, ale bardziej jako portret człowieka, który w sensie moralnym i ideowym nigdy się nie sprzedał ani nie sprzeniewierzył własnym przekonaniom, nawet za cenę kariery i profitów z niej płynących, natomiast ostrzem ironii trafiał boleśnie i nadzwyczaj celnie. No i jak widać – nie zestarzał się. Pewnie wielu z nas, wytrąconych z codziennej aktywności, mogłoby się podpisać pod niejedną konstatacją autora. W ogłoszonym Roku Tyrmanda czytajmy jego książki, a że czas mamy dziwny (prawie jak u Sienkiewicza) „w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”, to i cytat będzie stosowny: „Oczywiście, jestem przesądny. Nie zabobonny, lecz przesądny. Przesądni są bogatsi o jakieś doświadczenie, przyjemnie jest ocierać się o tajemnicę. Jak tu nie dostrzec drobnych oznak przemożnych ingerencji w ludzkie losy, nie odczuć lęków wobec rozsianej wokoło błyskotliwej niewytłumaczalności? Nie upieram się przy interpretacjach: jednym czarny kot przynosi szczęście, drudzy uciekają przed nim jak przed zarazą; i jedni, i drudzy mają rację.”
Książka dostępna w zbiorach Książnicy Karkonoskiej i w Legimi. (KH)

Historie odzyskane : literackie dziedzictwo Wrocławia i Dolnego Śląska. Wojciech Browarny

Wojciech Browarny to historyk literatury polskiej, krytyk literacki, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Wrocławskiego, ale też regionalista – silezjanista. O książce „historie odzyskane” Olga Tokarczuk napisała, że to „lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy czują emocjonalną, intelektualną lub duchową więź z Dolnym Śląskiem”. Jest to książka dla nas wszystkich Ślązaków, bo jak wielokrotnie udowadnia autor, Dolny Śląsk jest sercem wszystkich ziem śląskich. Tu skupia się najcenniejsze dziedzictwo , zarówno materialne, jak i symboliczne Śląska, a jego stolicą jest Wrocław. Historia naszego regionu, historia pogranicza jest trudna i niejednoznaczna. Literatura najlepiej ożywia zatartą pamięć i tłumaczy skomplikowane procesy. Opisuje i pozwala zrozumieć prawdę o ziemiach nie tylko wyzyskiwanych ekonomiczne, ale rabowanych i pozbawianych „poniemieckich” bezcennych zabytków, książek, dzieł sztuki, a także, a może przede wszystkim pamięci. Losy Śląska to „historia znikania”, tak jak dzieje Springerowej Miedzianki. Czy literatura powstała na takim gruncie musi być przepełniona rozpaczą i melancholią? Browarny dowodzi, że nawet kiedy zamazywano historię, literatura miała zdolność do podtrzymywania ciągłości kulturowej regionu. Wielokrotnie przywołuje wizerunek Flinsa – słowiańskiego boga śmierci i życia w zaświatach, który dzięki esejom Henryka Wańka stał się patronem najnowszych dziejów Gór Śląskich. Jest symbolem upadku i odrodzenia, nadziei na zbliżenie do siebie kultury i narodów, które żyły i żyją na tych ziemiach – jak napisał w swoim Testamencie Tadeusz Różewicz, według Browarnego najwybitniejszy po Hauptmannie pisarz, który zmarł na Śląsku. „Historie odzyskane” to dzieje literatury i kultury literackiej Śląska. Jaką rolę w identyfikacji z regionem odegrała literatura? Lokalna literatura niemiecka sprzed 1945 roku, w przeciwieństwie do sztuki i architektury, nie odegrała żadnej roli, nie istnieje w naszej świadomości bo nie jest nam znana. Literatura powojenna polska odzwierciedlała poczucie obcości i tymczasowości życia na Śląsku. Literacki regionalizm uchodził za coś mało ambitnego a tematy regionalne traktowano marginalnie. Motywów lokalnych nie ma w dramatach Różewicza czy poezji Urszuli Kozioł. Regionalizm nabiera znaczenia dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Tematykę śląską podejmują najwybitniejsi literaci regionu. Dzięki nim twórczość regionalistyczna przestaje kojarzyć się z folklorem i prowincjonalizmem. Wątki regionalne podejmuje Różewicz, a miasto zła, demoniczny Breslau staje się bohaterem Marka Krajewskiego, autora popularnych kryminałów retro i mistrza powieści populistycznej. Współczesna literatura regionalna pełnymi garściami korzysta z kulturowego potencjału miejsca, obok Marka Krajewskiego to proza Olgi Tokarczuk, Joanny Bator, Karola Maliszewskiego, Filipa Springera, Henryka Wańka, Tomka Tryzmy, Małgorzaty Lutowskiej i wielu innych. Regionalizm to temat przewodni w twórczości eseistów i reportażystów: Mariusza Szczygła, Mariusza Wilka, Jacka Antczaka, Andrzeja Zawady i Romualda Łuczyńskiego. „Historie odzyskane” Wojciecha Browarnego do naukowa analiza literatury i zjawisk literackich na Dolnym Śląsku. Wrocław – stolica regionu i jego literaci wydają się być uprzywilejowani w książce. Jednak najbardziej ceniony przez Browarnego, Tadeusz Różewicz, wrocławianin z Radomska, nie spoczął na żadnym ważnym dla polskiej kultury cmentarzu, a zgodnie z jego wolą, pochowany został na poniemieckim i protestanckim cmentarzu w Karpaczu jako symbol ostatecznego pojednania z Niemcami i niemieckością. Wartościowe dla czytelnika z Jeleniej Góry jest to, że autor poświęcił cały rozdział Sudetom w literaturze polskiej, podkreślając znaczenie Jeleniej Góry jako znaczącego ośrodka literackiego oraz miejsca, w którym narodziły się pierwsze czasopisma literackie „Śląsk” i „Nauka i Sztuka”. Bardzo interesująca jest również rozmowa przeprowadzona z Andrzejem Zawadą o literackich prowincjach oraz wywiad Jörgiem Berningiem , autorem książki „Ziemia niczyja, bezpański czas : opowieść sudecka” o trudnej historii Niemców i Czechów. Książka oparta jest na wielu źródłach naukowych, zaopatrzona w bogatą bibliografię i indeks osobowy. Polecam zarówno badaczom literatury i kultury, jak i wszystkim Ślązakom zainteresowanym regionem. Książka dostępna w zbiorach Książnicy Karkonoskiej. (KW)

Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka. Żuchowicz Roman

Legendy i baśnie od zawsze budowały tożsamość całych narodów oraz mniejszych i większych społeczności. Polskie dzieje bajeczne z legendami o Kraku, królewnie Wandzie i Popielu, spisane osiemset lat temu przez Wincentego Kadłubka, znane są Polakom chyba o wiele lepiej niż niejeden potwierdzony fakt historyczny. Mówimy, że w każdej takiej opowieści tkwi ziarnko prawdy i do niedawna wydawało się czymś oczywistym, że chodzi tylko o ziarnko…
W drugiej dekadzie XXI wieku wielu polskich naukowców zaskoczył niespodziewany triumf pseudonauki, który odcisnął swoje piętno na historii, a przede wszystkim na mediewistyce. Kontrowersyjna działalność i zarazem niebywała popularność pseudobadaczy i twórców mitu „Wielkiej Lechii”, odkrywców tzw. „Kroniki Prokosza” oraz ich naśladowców, których książki są już wydawane przez renomowane wydawnictwa i stawiane przez księgarzy na pólkach z literaturą naukową, zmusza profesjonalnych historyków do zastanowienia się nad ich społeczną rolą. Rodzi się pytanie: co robić w czasach, gdy nauczyciele zasypywani są przez uczniów i ich rodziców śmiertelnie poważnymi pytaniami o „Imperium Lechitów” ?
Zadania tego podjął się Roman Żuchowicz, z wykształcenia historyk i socjolog związany z Uniwersytetem Warszawskim, a zarazem charyzmatyczny popularyzator nauki. We współpracy ze specjalistami rożnych dziedzin (historykami, archeologami, ale też genetykami) przygotował popularnonaukową książkę „Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka”. Na jej kartach nie tylko obala, ale przede wszystkim skrupulatnie, bezlitośnie i z humorem analizuje „turbosłowiańskie „ mity oraz zastanawia się nad genezą tego fenomenu. Czytelnik dowiaduje się chociażby, dlaczego genetycznemu Polakowi bliżej jest do Norwega, niż do Serba oraz jak naprawdę należy interpretować sensacyjne doniesienia o kolejnych archeologicznych znaleziskach. Książka może być lekturą zarówno dla zawodowych historyków (w tym nauczycieli) oraz dla wszystkich pasjonatów historii. Jest dobrym efektem interdyscyplinarnego warsztatu społecznie zaangażowanego badacza przeszłości.(EM)
Książka dostępna w Legimi.

Zamek Zadzior. Vernon Ursula

Zamek Zadzior od dawna nie ma swojego pana. Mieszkają w nim tylko Sługusi, którzy martwią się o swój los i niecierpliwie czekają na nowego władcę. Ogłoszono konkurs na wykonanie mrocznych zadań i obsadzenie wakatu właściciela zamku. Jak wielkie rozczarowanie spotkało dworzan gdy u wrót zamku stanęła dwunastoletnia czarownica Molly o wyglądzie nie dość upiornym. Teraz musi udowodnić, że jest nikczemną czarownicą, może nie do końca złą i zepsutą, ale chociaż potrafiącą wzbudzać strach i przerażenie wśród mieszkańców miasteczka. Molly pracowicie wypełnia powierzone jej zadania. Poznaje zakamarki zamku i odkrywa tajemnice poprzednich jego właścicieli. Jest rezolutną, pełną energii, sprytu i pomysłów dziewczynką, obdarzoną magicznymi zdolnościami. W zamku nie brakuje też innych czarnych charakterów. Aroganckich, podstępnych, nie przebierających w środkach. Dokonania bohaterki też są w zasadzie nikczemne, ale Molly straszy raczej tych, którzy mają złe zamiary. Pojawienie się konkurentki, która rywalizuje z nią o władzę na zamku, budzi powszechną sympatię po stronie młodej czarownicy. Okazuje się jednak, że Molly ukrywa kilka sekretów, w tym największy, że nie jest tą, za którą się podaje. I to jest problem. Wszyscy ją przecież polubili… Świetny pomysł na książkę. Cudownie zabawna, w intrygującym klimacie, bogato ilustrowana powieść z bohaterami, których pokocha każde dziecko, ale i dorosły.
Książkę czyta się błyskawicznie. Właściwie sama się czyta. Ciekawa pozycja nie tylko dla młodego czytelnika. (EL)

Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce. Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska

Druga część tytułu mogłaby sugerować, iż powstała kolejna cegła historyczna. Na szczęście zdjęto z książki ciężar faktograficznych opisów tamtych wydarzeń. Autorzy skupili się na przeżyciach ludzkich. Odwołali się przede wszystkim do wspomnień tych, którzy przeżyli ten wieloletni, tytułowy taniec. Grzegorz i Julia mają odmienne spojrzenie na opisywaną rzeczywistość. Jemu od dziecka wpajano nienawiść do Armii Radzieckiej, jej mówiono, iż to czerwonormiści uratowali świat. Udało się w jednej pozycji przedstawić obiektywne spojrzenie na tamte czasy dzięki zastosowaniu dystansu do opisu. Wyrażono go szeregiem anegdot wygłaszanych przez bohaterów reportaży, dla których ironia i dobry humor stały się tarczą obronną przed światem zewnętrznym. Z cyklu wyłania się obraz natury ludzkiej. Ona nie ma przynależności państwowej. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie, są ludzie dobrzy i podli.
Refleksja po lekturze jest bardzo smutna. Pamięć zachowana jest tylko do momentu, w którym żyją świadkowie. Czasem tylko ktoś przypomni sobie tamte czasy, gdy obejrzy „Małą Moskwę”. Trudno szukać śladów tamtej bytności w naszej rzeczywistości. Beton skruszał, żelazne słupy pordzewiały, magazyny i schrony zostały splądrowane. I tylko gracze w paintball od czasu do czasu znaczą ściany tych pomieszczeń kleksami z farby. Dookoła nas wszystko się rozwija, a czas zrównuje z ziemią ślady tamtych dni. Dzisiaj młode pokolenie nie jest w stanie uwierzyć, iż były takie czasy. I tylko żyjący świadkowie tęsknią do tamtych lat. Polacy, bo wtedy, jak nigdy mogli handlować z Rosjanami, którzy sprzedawali niedostępne u nas towary. Rosjanie, bo już nigdy w życiu nie mieli takiego dobrobytu, jak wtedy, gdy trafili daleko od swoich domów, poza granice Związku Radzieckiego.
Reportaże czyta się jednym tchem. Mimo że o sprawach opisanych w książce wiemy od dawna. Sposób przedstawienia sprawia, iż są znakomitym uzupełnieniem wiedzy o tamtych czasach, o wspomnienia naocznych świadków, którzy wykruszają się jak pozostawione przez nich betonowe ściany.
Książka dostępna w Legimi (ET)

Marzycielki. Jessie Burton

Siostrzana miłość, siła wyobraźni, dziewczęca odwaga i walka o niezależność... Jessie Burton, autorka światowych bestsellerów: "Miniaturzystka" oraz "Muza", powraca z zachwycającą i przepięknie ilustrowaną baśnią dla tych, w których drzemie dziecko. Dla dwunastu córek króla Alberta śmierć królowej Laurelii oznacza nie tylko utratę matki. Decyzją ojca dziewczęta zostają objęte ścisłą ochroną. Odbiera się im ukochane lekcje, przedmioty, i – co najważniejsze – osobistą wolność. Jednakże siostry, zwłaszcza najstarsza z nich, księżniczka Frida, nie zgadzają się na taki los. Jest coś, co nadal posiadają i czego ojciec nie może im odebrać: siła wyobraźni. Mogąc polegać wyłącznie na własnej pomysłowości, królewny podejmują walkę o życie na swoich warunkach.

"Marzycielki" są bajką przekorną – zapomnijcie o księciu, który przybędzie na ratunek i zdobędzie królestwo! – za to pełną odważnych, zaradnych i imponująco sprytnych młodych kobiet. Spodoba się najmłodszym i tym nieco starszym, którzy z na pozór dziecięcej opowieści potrafią wyczytać niejedną dorosłą prawdę.

"Jest tu pięknie poprowadzona, wirująca przygoda, pełna mrocznego blasku dorastania. »Marzycielki« to budząca grozę bajka dla pokolenia zbuntowanych dziewczyn i chłopaków". Kiran Millwood Hargrave, autorka powieści "Dziewczynka z atramentu i gwiazd"

"Bajka o znajdowaniu w sobie wewnętrznej lwicy. Ta błyskotliwa reinterpretacja Stańcowanych pantofelków braci Grimm podważa założenia gatunku. Bezbarwne, skromne, reprezentujące słabą płeć królewny odeszły w niepamięć, na scenę wkraczają za to przebojowe dziewczyny, które torują sobie drogę do lepszego życia..." The Literary Curriculum

"Jessie Burton nadaje tradycyjnej bajce nową osobowość, z kolei pełne egzotyki ilustracje Angeli Barrett wydobywają wizualne bogactwo jej malarskich opisów zaczarowanego podziemnego świata królewien". "The Irish Times"

"Feministyczna reinterpretacja baśni braci Grimm". "The Guardian"
Książka dostępna w formie papierowej i Legimi.

Twoja reakcja na artykuł?

1
100%
Cieszy
0
0%
Hahaha
0
0%
Nudzi
0
0%
Smuci
0
0%
Złości
0
0%
Przeraża

Ogłoszenia

Czytaj również

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2020 Highlander's Group