Poniedziałek, 21 czerwca
Imieniny: Alicji, Alojzego
Czytających: 4499
Zalogowanych: 7
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

JELENIA GÓRA: Rzucanie mięsem – felieton

Niedziela, 27 stycznia 2008, 17:06
Aktualizacja: 18:13
Autor: Konrad Przezdzięk
JELENIA GÓRA: Rzucanie mięsem – felieton
Fot. Archiwum
Niektórzy za bardzo biorą sobie do serca słowa Słowackiego – aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. A czasami każdemu wypada pomyśleć, kiedy się w ten ozór ugryźć, aby nie powiedzieć za dużo.

Lingwiści wyliczyli, że do skutecznego porozumiewania się w języku naturalnym w sytuacjach elementarnych wystarczy zasób około 100 słów oraz podstawowych prawideł gramatyki, bez wnikania w jej szczegóły. W polszczyźnie – odnoszę czasem wrażenie – jej młodszym użytkownikom wystarczy jeszcze mniej słów. Do skutecznego wyrażenia emocji stosują w zasadzie trzy. Jakie? Cóż – to jest portal internetowy publicznie dostępny, a nie zamknięta konferencja dla językoznawców, więc przez grzeczność ich nie przytoczę. Chodzi o wulgaryzmy.

Kilka słów uznanych za obelżywe zaczyna się na literkę „p”… Szczególnie eksploatowany jest jedno, który – dzięki zmianie znaczeń poprzez dodawanie przedrostków – może wyrażać w sumie nieskończoną liczbę pojęć, czynności, zjawisk i stanów. Nie może tylko użyć prefiksu – „ob –”. Wówczas, jak to się w gwarze językoznawczej mawia, uzyskamy co prawda słowo spójne, ale semantycznie będzie ono puste, czyli pozbawione jakiegokolwiek znaczenia.

Słowo na „p” bywa często zastępowane innym słówkiem na „j”. I ono również – poddane różnym zabiegom leksykalnym – moduluje znaczenie oraz formę. Zachowuje przy tym charakterystyczny rdzeń, który nadaje mu cech wulgarności. Zresztą ten rdzeń już się częściowo dewulgaryzuje. Niebawem – idę o zakład – słowo „zajebisty” będzie nienacechowane, czyli takie, które nie wzbudzi żadnych emocji ani u twórcy wypowiedzi, ani u jej odbiorcy.

Zupełne wypranie ze znaczenia zaistniało już w popularnym słówku na „k..” będącym swoistym derywatem (pochodną) od łacińskiego przymiotnika „curvus, –a, –um”, który znaczy tyle co „krzywy, –a, –e”. Co ciekawe, słówko wciąż jest nacechowane, bo nie wypada go użyć w miejscu publicznym, czy w rozmowie oficjalnej. Za to w rozmowie potocznej z kolegą – jak najbardziej. I to w roli przecinka, który w jednym wypowiedzianym zdaniu z tym słowem właśnie może wystąpić nawet kilka razy, zupełnie wbrew zasadom interpunkcji.

Przeklinanie stanowi rodzaj tabu językowego, dlatego jest właśnie modne, jak każdy zakazany owoc. Stąd też przeklinają politycy (i to czasami publicznie, jak niegdysiejszy marszałek Sejmu Józef Zych ze słynnym: „k…., stary”, lub – ubierają przekleństwo w eufemizm – jak prezydent Kaczyński, kiedy jeszcze nie był prezydentem ze swoim „spieprzaj dziadu”). Klną księża, naukowcy, czy też – co najbardziej kłuje w uszy – dzieci w wieku od kiedy tylko zdolne są przekleństwo mniej lub bardziej świadomie powtórzyć.

Zjawisko to jest o tyle niepokojące, że w jego pułapkę wpada niemal każdy użytkownik języka, w tym niżej podpisany. Przeklinanie wszak nie jest zakazane, trzeba tylko wiedzieć, jak, gdzie, kiedy oraz do kogo. O ile Józef Oleksy mógł nagrać Gudzowatemu swoje przemyślenia na temat zegarka Aleksandra Kwaśniewskiego podparte mocnym „ch..”, o tyle temuż samemu Oleksemu nie wypadało wyrazić się tak podczas konferencji prasowej, kiedy był premierem.

Mnie osobiście – a chyba z tym odosobniony nie jestem – zastanawia jeszcze jeden aspekt przeklinania. Otóż coraz częściej słyszę wydobywające się językowe bagienko z niewinnych zdałoby się ust jeleniogórskich uczennic. W naszej kulturze jakoś kobiecie jest przypisana pewna nieskazitelność. I każde odchylenie od normy: czy to zapalony popularny w zębach, czy też używanie „k…” jako przecinka, budzi swoisty niesmak.

Wtedy zastanawiam się, czy rzeczywiście nauczyciele języka polskiego lub rodzice nie mają wpływu na dzieci, aby uświadomić im, że to nic pięknego biegać po mieście i rzucać, za przeproszeniem… wiadomo, czym. Ale – jak już wspomniałem, to pułapka na każdego użytkownika języka. Trudno się zatem dziwić, że młody człowiek mówi, jak mówi, skoro w jego otoczeniu mówią tak samo i to w coraz szerszych kręgach.

Zakończę optymistycznie. W językach europejskich, które znam, następuje zjawisko dewulgaryzacji. Polega ono na tym, że brzydkie słowa tracą swoje obelżywe znaczenie i nikogo nie rażą. Taki Hiszpan, na przykład, musi się sporo nagłowić, jakich wyrażeń dobrać, aby kogoś rzeczywiście obrazić. Przyjmując, że język jest tworem, który podlega ewolucji, należy założyć, że podobny scenariusz czeka także polszczyznę.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (21) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group