Wtorek, 15 czerwca
Imieniny: Jolanty, Witolda
Czytających: 6180
Zalogowanych: 13
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Jelenia Góra: Pokusa wspomnień - felieton

Niedziela, 14 października 2007, 0:00
Aktualizacja: Niedziela, 14 października 2007, 16:14
Autor: TEJO
Jelenia Góra: Pokusa wspomnień - felieton
Fot. Archiwum
Znajdź po latach dawną klasę. Raczej nie pożałujesz, nawet jeśli dziś sądzisz, że nie będziesz miał kogo szukać.

Najżywszymi wspomnienami są te ze szkolnej ławy. Przekonałem się o tym, kiedy pod opublikowanym wywiadem z panią Jadwigą Dąbrowską, dyrktorką II LO im. Norwida, szanowni Internauci zaczęli snuć szkolne wspominki z dawnych lat cieplickiej szkoły. Co prawda ja tam nie chodziłem, ale wrócić do przeszłości czasem trzeba.

Namówiła mnie koleżanka (nie ze szkolnej ławy) do wejścia i zarejestrowania się na portalu nasza-klasa.pl. Uległem. I nie żałuję.
Maturę zdałem lat temu 21. Znajomości z dawnymi kolegami klasowymi i nauczycielami – choć miały być zawsze zażyłe i trwać wiecznie – jakoś się po kilku latach prawie zupełnie zatarły. Życie nas potasowało i rzuciło w różne miejsca. Profesorowie wprawdzie na stanowiskach trwali, ale przez ich dzienniki przewijały się kolejne nazwiska pokoleń i tworzyły nowe przyjaźnie.

Moja klasa odżyła, kiedy utrwaliłem swoje dane na rzeczonym portalu. Wraz z różnymi wspomnieniami.
Tymi fatalnymi, kiedy to przy całej klasie pani polonistka zrugała moje wypracowanie z ballad romantycznych. Słusznie poniekąd, bowiem gniot był to pierwszej jakości. Ale o tym wiem teraz, nie wtedy. Siała zresztą postrach wśród wszystkich, a za ocenę dostateczną na świadectwie niektórzy gotowi byli dać ofiarę na mszę.

I tymi historyjkami śmieszniejszo-strasznymi, kiedy to podczas studniówki wychowawczyni wybroniła nas przed dyrektorem. Był zbyt spostrzegawczy i zauważył, że w trakcie balu gasiliśmy pragnienie i podsycaliśmy emocje owocem w płynie zakazanym nawet pełnoletnim uczniom. Sam bał się skosztować zawartości szklaneczek. I poprosił o obiektywną ocenę panią wychowawczynię, która ostro dała nam się we znaki wcześniej, podczas lekcji geografii. Ale pani, ku naszemu miłemu zdumieniu, upiła nieco magicznego nektaru i stwierdziła, że jest to oranżada. Z bąbelkami. Słodka i smaczna. – Może pan jednak spróbuje, panie dyrektorze? – spytała. – Nie, ależ nie. Przecież pani wie, co piła – wzdrygnął się udając wesołość dyrektor, który całą historię usiłował obrócić w żart.

I tymi sytuacjami zupełnie zabawnymi, kiedy to wspomnianą „oranżadę” kilkanaście minut wcześniej przemycał w butelkach po oranżadzie kolega z klasy. Robił to tak niefortunnie, że stłukł jedno z tak cennych naczyń w szatni, tuż przed wejściem do sali Kawiarni Zdrojowej. Na głośne „trach” oraz unoszącą się woń niekoniecznie oranżadowej pomarańczy zwróciło uwagę grono pedagogiczne, mierząc wzrokiem delikwenta i zabawnie poruszając nozdrzami w celu wyłowienia źródła tego niespodziewanego aromatu wnoszącego nową jakość w uzdrowiskowe powietrze styczniowego wieczoru przed feriami zimowymi.

Ale na szczęście jedno z drugim nie zostało połączone w logiczną całość splotu zdarzeń, dzięki czemu nas klasowy kolega mógł spokojnie wypić – z pomocą pozostałych – pod stołem część zawartości pozostałych butelek, które się uchowały w jego reklamówce. Do czasu, kiedy nie zauważył występku dyrektor…

Kiedy do ponad 21 latach wszedłem do mojej wirtualnej klasy, nielicznej w rzeczywistości, bo chodziło tam tylko osiemnastu licealistów, w tym siedmiu płci brzydkiej, spotkałem tylko trzy osoby.
Kolegę, który – choć chodził do humanistycznej klasy – wybrał się na studia matematyczne. I dwie koleżanki. Z jedną z nich siedziałem w ławce na historii u brodatego pana profesora, który – z sobie tylko znanych powodów – rozsadził uczniów zgodnie z alfabetyczną kolejnością nazwisk.

Pewnie jeszcze nie wszystkich z mojej klasy wzięła nostalgia za wspomnieniami, skoro się po raz drugi nie zapisali do szkoły. Nawet w internecie, gdzie nie krzyczą i dwój nie stawiają. Choć owa nostalgia innych zdecydowała o sukcesie samego pomysłu stworzenia tej elektronicznej możliwości odzyskiwania kontaktów, cieszącej się powodzeniem wśród dziesiątek tysięcy byłych uczniów.

Ci wpisani w mojej klasie ułożyli sobie życie rozmaicie, ale korzeniami wciąż tkwią w tamtych chwilach. Kiedy wyznacznikiem mijającego czasu były sprawdziany, odpytywania, wytęsknione piątki przed weekendem, bolesne poniedziałki powrotu do szkolnego gmaszyska i upragnione wakacje. Chcą spotkać się i porozmawiać o dawnych, dobrych dziejach, od których człowiek nie może się odciąć, choćby nie wiem jak tego pragnął.

I jakby zupełnie przez przypadek wkrótce potem, kiedy już zapisałem się do tej wirtualnej klasy wspomnień, zadzwonił telefon. Prawdziwy. Usłyszałem w słuchawce głos tej samej polonistki, która rugała mnie za beznadziejne wypracowanie z ballad romantycznych. Też bardzo by się chciała spotkać, nie tylko ze mną, ale i z człowiekiem, który zbił butelkę z zakazaną oranżadą przed studniówką. I z innymi. Bo matura to niby była jak wczoraj, a upłynęło od niej już ponad 21 lat.

Za chwil parę w mailowej skrzynce odebrałem wieści od innych dawnych licealistów, którzy pamiętają i mnie, i tamte lata. I prawie że odzyskałem młodzieńczą werwę w ten mglisty dzień października, z wiszącą w powietrzu jesienią. Już się nawet zacząłem zabierać za odrabianie lekcji, tak bardzo szkolne chwile zawładnęły moją wyobraźnią i pamięcią, która raptem jakby znalazła ujście dla strumyka wspomnień ze szkolnej ławy.

Pomyśleć, że to wszystko tylko dzięki jednemu wpisowi. Pokusie, której uległem, dzięki skutecznej zachęcie koleżanki, która w tej wirtualnej szkole jest już bardziej ode mnie obeznana. Tak oto, starsi absolwenci i byli uczniowie, radzę Wam, skorzystajcie z tego technicznego dobrodziejstwa i wpiszcie się do naszej klasy. Warto.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (11) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group