Poniedziałek, 20 września
Imieniny: Eustachego, Filipiny
Czytających: 5562
Zalogowanych: 7
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

JELENIA GÓRA: Pojedynek geniuszy potworów

Sobota, 7 listopada 2009, 20:55
Aktualizacja: Poniedziałek, 9 listopada 2009, 8:54
Autor: TEJO
JELENIA GÓRA: Pojedynek geniuszy potworów
Fot. TEJO
Toczący się w atmosferze komediodramatu pojedynek na słowa i gesty dwóch geniuszy muzycznych – taki obraz najnowszej premiery Teatru im. Norwida „Kolacji na cztery ręce” Paula Barza, pozostanie w pamięci widzów, którzy po raz pierwszy obejrzeli sztukę dziś w Pałacu Paulinum.

Tego spotkania w rzeczywistości nie było nigdy. Choć Johann Sebastian Bach i Georg Friedrich Haendel byli sobie współcześni, żyli w dwóch skrajnych światach. Pierwszy ledwo wiązał koniec z końcem pracując jako kantor i z marnej pensji utrzymując liczną rodzinę. Drugi – samotnik – pławił się w luksusach i egoistycznie czerpał z fortuny, którą dały mu jego zdolności i cwaniactwo. Z pewnością o sobie słyszeli i czytali. Ale nigdy nie widzieli się oko w oko. Tę lukę zapełnił słynny dramat znakomitego niemieckiego muzykologa i dramaturga Paula Barza.

Sztuka wymaga dwóch scenicznych osobowości potrafiących wcielić się w kreacje geniuszy muzyki epoki baroku. Po ostatniej premierze sztuki Ronalda Harwooda „Jesteśmy braćmi?” w reż. Janusza Zaorskiego nie było wątpliwości, kto mógłby podjąć się tak arcytrudnego zadania aktorskiego i zmierzyć z wybitnymi legendarnymi odtwórcami ról: Mariuszem Dmochowskim i Czesławem Wołłejko (1986) czy Januszem Gajosem i Romanem Wilhelmim (1990). Jan Sebastian Bach to Bogdan Koca, a Jerzy Fryderyk Heandel – Marek Prażanowski.

Teatrem nie jest w norwidowskiej „Kolacji…” sfera sztucznej scenografii, ale naturalne wnętrze XIX-wiecznego Pałacu Kramstów, zwanego dziś Paulinum. Ocieplony fragmentami klawesynowych dzieł dwóch kompozytorów zabytek gra lipski Hotel Turyński z 1747 roku. To zachęci do odwiedzin tego jednego z najpiękniejszych zakątków Jeleniej Góry, nie tylko teatromanów, ale również koneserów muzyki, sztuki i kuchni… Tak, bo organizatorzy wpadli na oryginalny pomysł poprzedzenia uczty duchowej na scenie, posiłkiem rzeczywistym: kolacją przygotowaną przez pałacowych kucharzy.

Nie mówiąc już o tym, że oto kolejna – po fredrowskim „Liście” w Dworze Czarne – promocja jeleniogórskiego zabytku i oszczędność kosztów w finansowaniu scenografii. W najbardziej ekspresyjnych scenach, spotęgowanych przez świetnie dobraną przestrzeń teatralną pałacu Paulinum, bohaterowie wyrażają własne wnętrza i emocje. I są to bardzo dojrzałe i głębokie wypowiedzi o ich życiu.

Tytułowy wieczorny posiłek z wyjątkowymi indywidualnościami, z odpowiednią w klimacie i rytmie muzyką w tle, stanowi przede wszystkim ucztę duchową. Fikcyjne spotkanie Bacha z Heandlem, w eleganckich kostiumach i perukach oraz z elementem savoir vivre'u na wspólnej obfitej i wyszukanej kolacji nie ogranicza się – jak zdawać by się mogło – do miłej pogawędki o muzyce. Jest to toczący się spór o życiowe postawy. Wymiana filozoficznych zdań dwóch wielkich kompozytorów dotyczy przede wszystkim osobistych kompleksów, zawiści, całego szlamu żalów, zazdrości, oskarżeń i słabości. A przerażająca szczerość, granicząca z romantyczną frenezją, bohaterów sztuki wzbudza podziw.

Potężny Saksończyk Jan Sebastian Bach, który marzy o sławie Haendla, w interpretacji Bogdana Kocy, nie pozwalając widzom oderwać wzroku od swojej twarzy, metodycznie, krok po kroku, jawi się imponująco. W postaci Bacha dokonuje się metamorfoza, po części na pewno powodowana wlanym w siebie alkoholem. Na początku, gdy pokornie oddaje się służbie Bogu, jest szaraczkiem ze skrywanym w duszy geniuszem. Stopniowo nabiera wyraźniejszych barw niezależności.

Powolny w słowach i gestach, zwalisty i ciężki Koca, ukazuje człowieka twórcę prawdziwie niezależnego. Bach nie zabiega o poklaski czy cudze względy, a komponowanie muzyki sprawia mu przede wszystkim przyjemność. Nie martwi się – w odróżnieniu od swego adwersarza – aby kompozycją nie urazić żydów, katolików, czy protestantów. Ma gdzieś – jak by się to dziś powiedziało – polityczną poprawność muzyczną.

Wiarygodny Marek Prażanowski w roli Fryderyka Haendla, w dynamicznym rozwoju dramatycznym kreśli równie ciekawą sylwetkę człowieka potwora. Zdeterminowanego, pełnego pychy, nieco drobnostkowego i złośliwego sybaryty zażerającego się ostrygami na śniadanie, który – w kontraście do skromnej osoby Bacha – ceni sobie luksusy, zaszczyty i dobra materialne. Pracujący w Londynie Haendel, rodak swojego gościa i twórca pompatycznie wielkiej i pięknej, ale też miejscami pustej i efekciarskiej muzyki, skrywa narastające przez lata poczucie zagrożenia i obawy przed porażkami. Walczy o akceptację i szuka słów poparcia u „konkurenta”. Do szczęścia brakuje mu najważniejszego: kochającej rodziny, którą posiada z kolei Bach, skromny kantor w kościele św. Tomasza w Lipsku otoczony przez gromadkę 20 dzieci, z których „kilkoro umarło” – jak mówi w sztuce.

Do ucztujących, debatujących, spierających się geniuszy dołącza wbiegający lub wybiegający i trzaskający wściekle drzwiami kamerdyner Jan Krzysztof Schmidt, żartowniś i jedyny przyjaciel Haendla. Piotr Konieczyński wywiązuje się ze swojego zadania aktorskiego wspaniale. Impulsywny i energiczny z wewnętrzną siłą Konieczyński wnosi nowe światło w koncepcję i oprawę reżyserską, to właśnie on niesie trudny do uchwycenia optymizm, choćby wbrew rzeczywistości, niezbędny jako przeciwwaga.

Walorem spektaklu jest sama konstrukcja rozgrywającej się rozmowy, pełnej łagodnej ironii. Błyskotliwy dialog wielkich kompozytorów-rywali to naprawdę kopalnia sztuki słowa. Bon moty i dykteryjki pojawiają się obok maksym filozoficznych i przesłania o sposobie życia. Słowne gierki i skojarzenia od początku miały własną koncepcję komediową. Każdy z rozmówców kryje w sobie olbrzymie bogactwo emocji i niebywały wprost ładunek ekspresji, każdy jest indywidualnością.

Skupiona energia aktorów nie została roztrwoniona na przypadkowe gesty i mimikę, a wraz z nią skupieniu poddaje się cały spektakl. Wymaga zresztą on od widza uwagi niezwykłej. To teatr dla koneserów. I na pewno dla pożytecznych snobów, którzy – bo tak wypada – zjedzą dwie kolacje w Paulinum. Oby w obydwu wyczuli smaki świetnej kuchni.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (22) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group