- Słowo "marcują" jest związane wyłącznie z cyklem rozmażania kotów.
- Czy dzieje się to tylko w marcu?
– To zależy od gatunku, bo różne są strategie rozmnażania. To ono jest nadrzędną siłą, gwarantem przeżycia, chociaż patrząc na pojedynczy organizm za kluczowe uznamy utrzymanie się przy życiu, a nie rozmnażanie. Dopiero mając gwarancję tego utrzymania, a więc odpowiednią ilość pokarmu, snu, zapewnione bezpieczeństwo, kot może skupić się na rozmnażaniu.
- Czyli można powiedzieć, że w tym kontekście natura ma niejako różne strategie.
- Tak. Są bowiem gatunki, które w aspekcie reprodukcyjnym budzą się do życia właśnie wraz z końcem zimy i początkiem wiosny. Są też takie, dla których istotne są narodziny potomstwa w najlepszych do przetrwania miesiącach, a więc np. wtedy, gdy można mu zapewnić pożywienie, odpowiednią temperaturę itd.
– Faktycznie możemy mówić o amorach, tyle tylko, że u wielu gatunków są one dostosowane do... dnia świetlnego, a więc uwarunkowane są obecnością światła dziennego.
- Czyli można rzec, że odwrotnie niż u człowieka...
- Są takie gatunki, które te amory uprawiają przy krótkim dniu świetlnym po to, by potomstwo urodziło się wtedy, gdy dzień będzie dłuższy. Kotowate są zwierzętami długiego dnia świetlnego, a więc wiosną wchodzą w okres tzw. rui, czyli krycia samicy przez samca.
- Ruja to uniwersalne określenie na okres godowy u wszystkich ssaków, ale akurat tylko koty w polszczyźnie „dorobiły się” dedykowanego właśnie im czasownika – marcować. Dlaczego?
– Rzeczywiście mówimy, że koty marcują, czyli mają ruję. Co zresztą słychać, bo kotki są wtedy bardzo głośne, a do ich "koncertów" dołączają kocury nierzadko walczące między sobą o dopuszczenie do krycia.
Ale na krótszy i dłuższy dzień reagują też chociażby konie i inne zwierzęta. A u prawie wszystkich gatunków apogeum sezonu reprodukcyjnego w naszej szerokości geograficznej przypada przeważnie na czas od lutego, marca do czerwca.









