Świt nadciągał powoli, rozdzierając noc jasnością jesiennego poranka. W chałupie Marcina panowała cisza, ciężka i przytłaczająca. Ściany drżały od wiatru, dach szeptał o chłodzie, który miał przeniknąć do szpiku kości.
Zima była blisko. Bociany uleciały, a ptaki milczały pod strzechą, jakby wyczuwały nieuchronne. Marcin wiedział, że musi iść do lasu po jagody, grzyby, może garść orzechów. O mięsie nie śmiał marzyć — zwierzyna należała do panów z zamku.
Film: Karkonoski Park Narodowy
Las przywitał go chłodem i mgłą. Liście drżały cicho, zwierzęta powracały do kryjówek. Dzień jak co dzień, a jednak coś w powietrzu wydawało się cięższe. Marcin szedł dalej niż zwykle, w nieznane tereny.
Przysiadł przy grupie skalnych ostańców. Zza drzew wyjrzały krwawe promienie słońca. I wtedy usłyszał coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
Waloni i strach
Na początku brzmiało jak echo wiatru. Potem stało się wyraźne. To była muzyka. A raczej — śpiew. Nieznany, potężny, przypominający melodię mnichów, lecz tu, w głębi puszczy, niemożliwy.
Włos na karku Marcina stanął dęba. Śpiew wzbierał, a on dostrzegł ruch. Z największego głazu buchnęła ciemność, a ze środka wyłoniły się sylwetki w długich szatach. Na piersiach błyszczały obce symbole, oczy lśniły czerwienią poranka.
– Waloni… – wyszeptał, pamiętając legendy o tajemniczym ludzie z Gór Olbrzymich, którzy zniknęli, zostawiając po sobie echo w kamieniach.
Strach ścisnął mu gardło. Zsunął się w krzaki i pobiegł przez las, potykając się, raniąc dłonie o gałęzie. W chałupie zatrzasnął drzwi i osunął się na klepisko. Oddychał ciężko. Wiedział tylko jedno: to, co zobaczył, nie powinno było istnieć.
A jednak istniało. Śpiew, choć cichszy, nadal rozbrzmiewał w jego głowie.












