Gdy turyści przemierzają Pogórze Izerskie w poszukiwaniu szlaków, widoków i ciszy, niewielu z nich podejrzewa, że w jednej z niepozornych wsi pod ziemią kryją się historie rodem z sensacyjnych powieści. Radoniów wygląda dziś spokojnie, sielsko, zupełnie zwyczajnie. A jednak przez dziesięć intensywnych lat był miejscem, do którego nie można było się zbliżać.
To właśnie tutaj, między 1953 a 1963 rokiem, biło jedno z najcenniejszych uranowych serc Polski. Kopalnia, ukryta na północny wschód od skromnych zabudowań, pracowała dzień i noc, wydzierając ziemi rudę tak cenną, że jej wartość mierzyła się nie tylko w tonażu, ale w geopolitycznej potędze.
Uran z Radoniowa należał do najbogatszych złóż w kraju. Każdy wagon wyjeżdżający spod ziemi był jak skrzynia niebezpiecznego skarbu, cenniejszego niż złoto czy diamenty razem wzięte.
W kopalni tej pracowali Polacy pod specjalnym nadzorem żołnierzy radzieckich – tak było do 1961 roku. Po przejściu kopalni pod polski zarząd wydobycie uranu nadzorował Urząd Bezpieczeństwa. Dokumentacja zakładu była oznaczona kryptonimem „Ściśle tajne” i odtajnienie nastąpiło dopiero w latach 90-tych. Nikomu nie wolno było fotografować kopalni ani hałd górniczych.
Dziś wydaje się to odległym snem. W 1963 roku zasoby o wartości przemysłowej zostały wybrane, a kopalnia zamilkła. Jednak dla uważnych tropicieli przygód Radoniów wciąż jest miejscem do odkrywania. Pozostały tam szczątki urządzeń, poskręcanych i porzuconych niczym po ewakuacji w pośpiechu. Sterczą hałdy skały płonnej, niemal jak kopce termitów, ale zbudowane przez ludzi, nie naturę.