Poniedziałek, 18 stycznia
Imieniny: Małgorzaty, Piotra
Czytających: 8782
Zalogowanych: 16
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

JELENIA GÓRA: Irak jak narkotyk

Niedziela, 20 września 2009, 8:01
Aktualizacja: Poniedziałek, 21 września 2009, 7:26
Autor: Angela
JELENIA GÓRA: Irak jak narkotyk
Fot. Archiwum domowe
Piotr Zakrzewski, obecnie strażak z Jeleniej Góry, a do niedawna wojskowy ze Świętoszowa, 14 miesięcy spędził na misji w Iraku. Pojechał, by zarobić pieniądze na życie i remont mieszkania. Był świadomy, że na każdym kroku będzie tam na niego czyhać śmierć.

Dlaczego zdecydował się Pan na wyjazd do Iraku?
– W tym czasie pracowałem jako wojskowy strażak w Świętoszowie. Wraz z moją żoną kupiliśmy sobie mieszkanie i chcieliśmy je wyremontować. To była jedyna szansa na zarobienie dodatkowych, większych pieniędzy. Pierwszy raz wyjeżdżałem w lipcu 2005 roku. Wówczas płacono nam około 1300 dolarów miesięcznie plus wypłata w Polsce. Kiedy wyjechałem drugi raz, w lipcu 2007, były to już większe pieniądze. Opłacało się, ale za każdym razem byłem tam ciągiem po siedem miesięcy, dlatego dwa razy okres zimowy, święta i sylwester spędziłem w Iraku.

Jak na ten wyjazd zareagowała rodzina?
– Dziadkowie w ogóle się do mnie nie odzywali, pytali po co tam jadę? Czy brakuje mi na chleb? Żonę postawiłem przed faktem, nie miała zbytniego wyboru. Nikt nie był przychylny mojej decyzji, nikt się z tego nie cieszył. Kiedy wyjeżdżałem, mój synek miał rok i zaczynał chodzić. Nie było mnie przy tym. Kiedy wróciłem już biegał. Dla nas wszystkich było ogromne poświęcenie, wyrzeczenie.

Wspomniał Pan, że wyjazd do Iraku jest jak narkotyk. Dlaczego?
– Być może tak działa na człowieka adrenalina, jakiej tam nie brakuje. Nie wiem. Emocje są tam zupełnie inne. Gdybym miał okazję, pojechałbym tam jeszcze raz. Teraz nie mam już możliwości wyjazdu, ale gdybym był dalej w wojsku, z pewnością w tym czasie byłbym już w Iraku.

O czym myśli się na misji, co tam się przeżywa?
– Tam jest tyle zajęć, że nie ma czasu na myślenie. Najgorsze jest to, że bardzo tęskni się tam za rodziną. Codziennie mieliśmy dziesięć minut rozmów do Polski na telefony stacjonarne i cztery minuty na komórkę. W sumie było to 14 minut dziennie na rozmowę z rodziną. W naszych pokojach mieliśmy też internet, przez który kontaktowałem się z rodziną, ale to nie to samo.

Jakie wyzwania czekały Pana w Iraku?
– Pojechałem tam jako wojskowy strażak, ale podobnie jak inni, miałem krótką i długą broń. Zadania dla wszystkich były bardzo podobne. Ochranialiśmy bazy, ludzi, wycinaliśmy trzciny, które ograniczały widoczność i stwarzały zagrożenie ataków i wiele innych. Ja byłem kierowcą ratownikiem, dowoziłem ludzi do miejsca i obsługiwałem sprzęt.

Czy podczas Pana pobytu w Iraku były na waszą bazę ataki?
– Oczywiście, było kilka ataków moździerzowych. Wystrzeliwano je w środek naszej bazy z okolicznych lasków palmowych z odległości kilometra czy dwóch. Podczas każdego z nich zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że każdy z nas może zginąć. Ale wiedzieliśmy gdzie i po co przyjechaliśmy. Po pierwszych atakach na bazę wielu żołnierzy pisało do generała o pozwolenie na powrót do Polski. Kiedy tam byłem, w sumie zginęło 27 żołnierzy. Podczas moich dwóch wyjazdów i siedmiomiesięcznych pobytów zginęły dwie osoby na dziewiątej zmianie. To nie byli moi koledzy, znałem ich tylko z widzenia.

Jakie myśli przychodzą do głowy po informacji o śmierci innych żołnierzy?
– Każdy z nas myślał, że to mogliśmy być my. Ciało zabitego żołnierza zawsze umieszczane było w kaplicy, w której odbywało się zebranie i modlitwa. Później jest pożegnanie i ciało zabierane jest do śmigłowca. To jest bardzo nieprzyjemne.

Pan nie chciał wrócić do Polski?
– Nie. Trzymała mnie ta adrenalina. Poza tym zdecydowałem się na wyjazd i wiedziałem, co się będzie tam działo. Jestem zdania, że jak miałoby mi się coś stać, to stałoby się w Polsce, podczas wypadku samochodowego czy innego zdarzenia.

Czy po tych wyjazdach zauważył Pan w sobie jakąś zmianę?
– Myślę, że tak. Szczególną uwagę zwracam na niebezpieczeństwa. Bardziej uważam na życie. Mam też inne nastawienie do świata. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale z pewnością coś się we mnie zmieniło.

– Jakie chwile podczas tych pobytów w Iraku były dla Pana najtrudniejsze?
11 listopada 2007, kiedy podczas rozdania medali i odznaczeń był atak na bazę. Taki atak trwa około 5 – 10 minut. Na stołówce, w której odbywało się spotkanie, mieściło się kilkaset osób, a w schronach mogło się pomieścić tylko część z nas. Ja nie miałem gdzie się schować. To jest ogromny strach, nie wiadomo było, w którym miejscu wybuchnie pocisk moździerzowy.

A spotkało tam Pana coś miłego?
Tak, są tam cudowne dzieci. Kiedy wyjeżdżaliśmy poza bazę zawsze zabieraliśmy dla nich ze stołówki całe plecaki słodyczy, puszek czy chrupek. Kiedy przyjeżdżaliśmy zawsze do nas przybiegały, przytulały się. Przy wycince trzcin zawsze braliśmy też dla siebie wiaderko lodu, którym zasypywaliśmy puszki. Dzieci go jadły całymi buziami. One tam nigdy nie widziały lodu. Poza tym poznałem ciekawych ludzi, z którymi mam kontakt do dzisiaj.

Dlaczego przyjechał Pan do Jeleniej Góry i tu został strażakiem?
– Główny powód to stała praca w Jeleniej Górze. W wojsku są kontrakty, po 12 latach ktoś może stwierdzić, że nie jestem już potrzebny i mógłbym nie dostać kolejnego kontraktu. W Jeleniej Górze pracę dostałem ja i moja żona. Poza tym mam tu brata bliźniaka.

Dziękuję za rozmowę

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (38) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group