Niepozorny, kamienny słup wtopiony w kościelne ogrodzenie kryje w sobie historię, która potrafi zmrozić krew w żyłach. Miłkowski pręgierz to cichy świadek dawnych kar, publicznego upokorzenia i prawa, które miało odstraszać równie skutecznie, jak boleśnie. Dziś łatwo przejść obok niego obojętnie, nie zdając sobie sprawy, jak dramatyczne sceny rozgrywały się kiedyś w jego cieniu.
Pręgierz w Miłkowie ma formę ośmiobocznego słupa z piaskowca. Nosi do dziś wyraźne ślady po żelaznych okowach. To właśnie do nich przywiązywano skazańców.
Kara pręgierza była jedną z najbardziej hańbiących. Skazany, z obnażoną górną częścią ciała, stawał twarzą do słupa, z rękami uniesionymi i skutej żelazem. Kat wymierzał chłostę – osiemnaście, trzydzieści, a nawet sześćdziesiąt razów.
Tłum nie pozostawał bierny: obelgi, drwiny, a nawet obrzucanie łajnem czy żywymi kotami były częścią widowiska.
Egzekucje odbywały się publicznie, w dni targowe, niedziele i święta, często przy obowiązkowej obecności dzieci szkolnych. Pręgierz miał potępić winnego i odstraszyć innych. Karano przy nim wszystkich – bez względu na płeć, stan czy pochodzenie – za kradzieże, nierząd, fałszerstwa czy złą jakość towarów. Często wyrok kończył się banicją i utratą honoru na zawsze. Dlatego ten kamienny słup był jednym z najdotkliwszych symboli dawnego wymiaru sprawiedliwości.