Z renty wdowiej korzysta dziś ponad 900 tysięcy osób. Wbrew nazwie nie jest to osobna renta, tylko połączenie dwóch świadczeń: własnej emerytury i renty po zmarłym mężu albo żonie. Każdy może wybrać, jak chce je połączyć – albo bierze całą swoją emeryturę i 15 procent renty po małżonku, albo odwrotnie. Od 2027 roku ten „dodatkowy kawałek” drugiego świadczenia ma wzrosnąć do jednej czwartej.
Marcowa podwyżka podniesie nie tylko same wypłaty, ale też próg dochodowy, który decyduje o tym, kto w ogóle może z renty wdowiej korzystać. Teraz wynosi on trochę ponad 5,6 tys. zł brutto, a po waloryzacji może zbliżyć się do 5,9 tys. zł. ZUS zapowiada, że wyższe przelewy zaczną przychodzić już w marcu, a w kwietniu dojdzie jeszcze trzynasta emerytura.
To jednak nie znaczy, że nagle przybędzie nowych uprawnionych. Wraz z podwyżkami rosną też emerytury, więc wiele osób nadal będzie „za bogatych” na to świadczenie. Do jesieni 2025 roku ZUS odmówił renty wdowiej już ponad 113 tysiącom osób – głównie właśnie dlatego, że przekraczały limit dochodów.
Żeby w ogóle móc się o nią starać, trzeba spełnić kilka twardych warunków: mieć wiek emerytalny, być w małżeństwie aż do śmierci współmałżonka, nie ożenić się ani nie wyjść ponownie za mąż i dostać prawo do renty rodzinnej nie wcześniej niż pięć lat przed emeryturą. To właśnie te zasady sprawiają, że wielu wdów i wdowców czuje się wykluczonych.
Dlatego w środowiskach seniorów słychać coraz głośniej, że te podwyżki są tylko kosmetyką. W pierwotnych planach granica dochodów miała być dużo wyższa – dziś sięgałaby nawet kilkunastu tysięcy złotych. Rząd zapowiada, że w 2028 roku program zostanie ponownie oceniony i możliwe będzie jego rozszerzenie, ale na razie renta wdowia wciąż pozostaje pomocą tylko dla części samotnych seniorów.














