Wtorek, 19 stycznia
Imieniny: Henryka, Mariusza, Marty
Czytających: 7610
Zalogowanych: 9
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

JELENIA GÓRA: Gwałt na scenie, czyli rzecz o nonsensie

Piątek, 13 marca 2009, 22:24
Aktualizacja: Poniedziałek, 16 marca 2009, 7:56
Autor: TEJO
JELENIA GÓRA: Gwałt na scenie, czyli rzecz o nonsensie
Fot. TEJO
Miała być sztuka o bezsensie, wyszła sztuka bez sensu – tak skomentował jeden z widzów piątkową premierę „Trzech sióstr” Czechowa. Ostre słowa. Rzeczywiście inscenizacja w reżyserii Krzysztofa Minkowskiego trąci chaosem. Nie jest jednak tragicznie zła. Jednak nie dzięki dziełu reżysera a uniwersalnemu przesłaniu samego tekstu sztuki. Dziś kolejna odsłona przedstawienia.

Ascetyczna scenografia i takież kostiumy. Można mieć wrażenie, że jest się na próbie roboczej. Zero dawnej Rosji, za to nieład współczesności połączony z prostotą, która w przypadku Czechowa na pewno jest tańsza. Ale czy usprawiedliwiona?

Tytułowe trzy siostry, członkinie zacnej rodziny osieroconej przez bogatego oficera, mieszkają z Andrzejem (Robert Dudzik), bratem utracjuszem w pewnym „stutysięcznym” mieście, symbolu szarej i nudnej prowincji.
Sfrustrowane monotonią codzienności marzą, aby wyrwać się do wielkiego świata stolicy (Moskwy) i tam używać życia oraz spełniać pragnienia. Te same odczucia towarzyszą bohaterom sztuki, którzy – oprócz tego – oplatają pajęczyną miłości (a czasem pożądania) Olgę (Magdalena Kuźniewska), Irinę (Anna Ludwicka), i Maszę (Rozalia Mierzicka), jedyną zamężną z nauczycielem gimnazjalnym Kułyginem (Jarosław Dziedzic).

Bohaterowie wraz ze służącą Anfisą (miała w tej roli wystąpić Krystyna Dmochowska, ale niestety rozchorowała się i zastąpiła ją Iwona Lach) oraz lwanem Czybukitynem, lekarzem (Kazimierz Krzaczkowski), żyją targani sprzecznościami i romansami, wciąż między mocą pragnień i żądz a wymarzoną, acz nieosiągalną rzeczywistością.

Aż do czasu pożaru i splotu wydarzeń, które doprowadzają do pojedynku między konkurentami, którzy walczą o wpływy pań: baronem Tuzenbachem (Robert Mania) a kapitanem Solonym (Marcin Pępuś). Baron ginie, a oficerowie, po rozkazie sformowania baterii w Polsce, wyjeżdżają z prowincji pozostawiając trzy siostry w osamotnieniu i na pożarcie prowincjonalnej frustracji

Sztuka na pewno nie nudzi, co już jest pewnym jej plusem. Choć dyskusyjne są momenty przedłużanego w nieskończoność spazmatycznego ni to rechotu, ni to szlochu barona Tuzygina. Trącący satyrą tekst sztuki wyzwala u publiczności uśmiech, chwilami dość szczere wybuchy śmiechu, nie wszędzie jednak uzasadnione. Te, zwłaszcza wśród damskiej części widowni milkną, kiedy baron Tuzygin rozbiera się do naga i pokazuje swoje skarby. Później bohaterki powiedzą o nim, że jest brzydki, bo widziały go „bez munduru”.

Są śmiałe sceny quasi gwałtu, kiedy pułkownik Wierszynin (Bogusław Siwko) głośno sapiąc klepie po gołych udach swoją kochankę Maszę, a czerwone plamy po takim masażu długo nie chcą zejść z ciała Rozalii Mierzińskiej. Sam pułkownik co prawda swojej męskości nie pokazuje, obnaża za to swoją owłosioną klatę, którą Masza miętosi namiętnie, jęcząc przy tym. Jęczy też sensualnie odmieniając łaciński czasownik „amare” – kochać – przed swoim mężem, wymagającym belfrem z gimnazjum.

Aktorzy biegają niemal po całej widowni. W geście rozpaczy i niemocy rzucają krzesłami (Uwaga! Lepiej nie siadać w pierwszym rzędzie! Krzesło rzucone przez Maszę wylądowało dziś bardzo blisko głowy jednego z widzów!) Dużo krzyku, syren, kakofonicznej muzyki, polskich wtrętów – choćby imieninowego „Sto lat!”. Nie ma – i Bogu dzięki – przekleństw, bo Czechowowi nawet do głowy nie przeszło, by swoje dzieło utkać z wulgaryzmów.

Podoba się Kazimierz Krzaczkowski, choć odnieść można wrażenie, że rola Czubikityna niezbyt mu leży. Świetny jest Jarosław Dziedzic jako Fiodor Kułygin! Brawa dla Iwony Lach, która miała bardzo niewiele czasu, aby przygotować postać Anfisy. Pozostali aktorzy i aktorki nie porywają. Jeśli tak, to zupełnie innymi walorami niż sceniczne.

W jeleniogórskich „Trzech siostrach” nie brakuje momentów dobrych, zwłaszcza opartych na aluzjach do naszej, jeleniogórskiej rzeczywistości. To prowincjonalne miasto, gdzie wieje nudą, każdy każdego zna i wszędzie stąd daleko pociągiem, jako żywo przypomina widzom stolicę Karkonoszy. W „Trzech siostrach” jest także przewodniczący rady (utracjusz Andrzej, czyli Robert Dudzik), a także prezydent, który przemawia na pożegnanie oficerów, a pułkownik Wierszynin mówi, że go słuchał coś tam podjadając.

Te dobre strony sztuki zawdzięczamy jednak nie tyle aktorom i reżyserowi, ile samemu twórcy, który napisał był dzieło uniwersalne. Jeleniogórska inscenizacja odstraszy wielbicieli klasycznego, rosyjskiego teatru. – To miała być rzecz o bezsensie, wyszło przedstawienie bez sensu – nie krył jeden z widzów. Bo rzeczywiście tanie efekciarstwo, poza chwilowym oszołomieniem, niczego tu nie wnosi. Realizacja może spodobać się miłośnikom scenicznych „momentów” i ciała, bez munduru, rzecz jasna.

– Mówiłem ostatnio, że mamy jeden z najlepszych zespołów na Dolnym Śląsku. Dziś mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że mamy zespół najlepszy – powiedział po spektaklu kierownik artystyczny Teatru im. Norwida Wojtek Klemm. Dziękował za sztukę wszystkim, także ekipie technicznej, która zresztą wcieliła się w statystów i bez skrępowania poruszała się po scenie. Cóż innego Wojtkowi Klemmowi pozostało, jeśli nie ta laudacja? Jest bardzo prawdopodobne, że była to ostatnia „produkcja” za czasów jego dyrektorowania w Jeleniej Górze.

Teatr im. Norwida nie dostarczył zdjęć ilustrujących sztukę, nie zorganizował próby prasowej i zabronił fotografowania podczas spektaklu. Stąd zdjęcia są takie, jakie są

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (56) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group