Sobota, 18 września
Imieniny: Ireny, Józefa, Stanisława
Czytających: 5809
Zalogowanych: 6
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

JELENIA GÓRA: Dobra „kobra” w „Norwidzie”

Sobota, 14 listopada 2009, 22:02
Aktualizacja: Poniedziałek, 16 listopada 2009, 7:53
Autor: TEJO
JELENIA GÓRA: Dobra „kobra” w „Norwidzie”
Fot. TEJO
Po obejrzeniu premiery „Pokojówek” Jeana Geneta w reżyserii Rafała Matusza, trudno uciec od skojarzenia z teatrem kryminalnym, który swego czasu – w każdy czwartek – serwowała telewizja. Cykl nazywał się „Kobra” i prezentował różne kryminaliki. „Pokojówki” – w odróżnieniu od tamtych – to kryminał wielki: z głęboką treścią zmuszającą do refleksji o egzystencji, pozycji i losie człowieka.

„Pokojówki” to teatr faktu. Skandalista, francuski dramaturg Jean Genet, napisał tę sztukę w 1948 roku opierając się na wydarzeniach z policyjnych faits divers: zabójstwie pewnej możnej pani przez dwie służące, siostry Papins, do którego doszło w 1933 roku w Le Mans. Dramat Geneta, mężczyzny po przejściach (wychowanka poprawczaka, potem złodzieja i męską prostytutkę, w końcu dezertera z Legii Cudzoziemskiej skazanego na dożywotnie więzienie i recydywistę ułaskawionego na prośbę m.in. powieściopisarza i filozofa Jeana-Paula Sartre’a przez prezydenta Francji) jest więc do bólu prawdziwy. Tak jak prawdziwe są odtwórczynie głównych ról: Irmina Babińska (Jaśnie Pani) oraz tytułowe bohaterki: Katarzyna Janekowicz (Solange) i Agata Moczulska (Claire).

Siostry– w myśl francuskiego powiedzenia: gdy kota nie ma w domu, myszy tańczą – pod nieobecność swojej chlebodawczyni uprawiają perwersyjną grę. Jedna wciela się w Jaśnie Panią i robi wszystko, aby upokorzyć drugą, pozostającą służącą. Nienawidzą swojej pracodawczyni nienawiścią szczerą i noszą się z zamiarem jej zgładzenia. Chcąc utrudnić życie Jaśnie Pani składają anonimowy donos na policję, która aresztuje Jaśnie Pana, towarzysza życia pani domu.

Pewne, że mężczyzna nie opuści aresztu, planują, jak pozbyć się starszej kobiety. Jednak sędzia zwalnia tymczasowo aresztowanego. Przekonane, że cały misterny plan weźmie w łeb, służące postanawiają jak najprędzej zabić Jaśnie Panią trując ją rozpuszczonym w ziółkach gardenalem. Katem ma być Claire. Tymczasem wyjątkowo obłudna i przesiąknięta mizantropią Jaśnie Pani unika wypicia zawartości filiżanki i wychodzi na spotkanie z Jaśnie Panem. Sfrustrowane siostry raz jeszcze – w obliczu czekającego je zdemaskowania – „bawią się” w swoją grę. Tym razem na poważnie. Claire wypija zatruty napój. Światła gasną.

Ta przedstawiona w dużym uproszczeniu treść sztuki w wizji Rafała Matusza nabiera trudnej do opisania słowem głębi. Bo przecież ten teatr to nie tylko słowo, które w ustach aktorek brzmi wyjątkowo przekonująco. Piekielnie trudny tekst Geneta mówią z pełną świadomością jego znaczenia. W to wszystko wpisuje się fascynująca czernią i suspensem muzyka Adama Bałdycha (ta płacząca wiolonczela przynosząca zło i będąca motywem przewodnim śmierci!).

Na niemal doskonałą harmonię sztuki wpływa scenografia pomysłu samego reżysera. Krzywe zwierciadła, w których przeglądają się bohaterki, zwielokrotniają je i deformują dosłownie niemal rysując potworność charakteru każdej z nich. I jeszcze światło – budujące nastrój, który – jak w dobrym kryminale – narasta potęgując u widza uczucie niepokoju, a nawet niecierpliwości w oczekiwaniu na nadejście najgorszego: śmierci. Elementem akustycznym – na który reżyser nie miał najmniejszego wpływu – okazały się odgłosy ulicy z nie wyciszonych okien sali, gdzie znajduje się scena studyjna. Tylko przeznaczenie sprawiło, że w momentach kulminacyjnych rozwyły się syreny radiowozów (lub karetek).

Udanego debiutu pogratulować można Katarzynie Janekowicz (na widowni oklaskiwali artystkę jej rodzice i siostra), tegorocznej absolwentce krakowskiej PWST. Aktorka radzi sobie kapitalnie grając pochodzącą z nizin społecznych służącą-zbrodniarkę Solange, w której głęboko tkwiące zło przeistacza ją w potwora. A chęć zabicia pani domu porusza, staje się czymś znacznie więcej niż poprowadzonym teatralnym gestem.

Kroku nie ustępuje jej celebrująca swoją dumną pańskość krnąbrna pokojówka Claire stworzona przekonywająco przez Agatę Moczulską. Urodziwa aktorka, którą pamiętamy z roli frywolnej Zosi w „Liście”, gdzie nie mogła pokazać swojej klasy, zmienia się w młodą i urodziwą wiedźmę zdolną do największych okrucieństw.

W nieustannej rewelacyjnej grze w odcieniach Irminy Babińskiej publiczność zobaczyła egoistyczną Jaśnie Panią, cyniczne monstrum, które mimo wszystko świetnie rozumie, co się wokół niej dzieje, gdy nie ma jej w domu. Mamy tu cały wachlarz emocji w wykonaniu Babińskiej - od niepewności i bezradności, aż po przerażenie i rozpacz.

Zwycięstwo Rafała Matusza polega na tym, że jako inscenizator nie popisywał się, pozostał wierny tekstowi arcydzieła dramaturgii Geneta. Nie ograniczał się przy tym do zręcznej układanki znanych klocków. W błyskotliwej artystycznej formie uświadamia istnienie zjawisk i procesów, których nie da się przełożyć na język zracjonalizowanej i przejrzystej narracji bezpośredniej. Nade wszystko dba o poetycką sugestywność i wymiar oniryczny sztuki. Tu jest miejsce na bezbłędną dramaturgię, ale także na bogatą osobowość autora i nieodgadnioną osobowość widza. Krótko: to najlepsza sztuka w Teatrze Norwida na przestrzeni kilku ostatnich lat.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (32) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group