Wtorek, 19 stycznia
Imieniny: Henryka, Mariusza, Marty
Czytających: 7886
Zalogowanych: 10
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

JELENIA GÓRA: Kryzys bije w handel

Niedziela, 15 marca 2009, 8:05
Aktualizacja: Poniedziałek, 16 marca 2009, 14:57
Autor: Angela
Kiepskie wyniki finansowe za dwa minione miesiące źle wróżą handlowcom jeleniogórskim. Niektórzy już zapowiadają zamknięcie coraz mniej rentownych sklepów. Nieźle się mają tylko markety, które cenami odciągają klientów od „tradycyjnych” placówek prowadzonych przez miejscowych przedsiębiorców.

Sklepikarze tną koszty. Rezygnują z usług sprzątaczek i księgowych. Sami w sklepach robią wszystko. Wielu gwarancję opłacalności zawdzięcza sprzedaży używek. Jak dziś wygląda handlowy krajobraz Jeleniej Góry?

– Dla mnie ten kryzys jest bardzo mocno i boleśnie odczuwalny – mówi Agnieszka Prokopczyk, właścicielka sklepu A&D Delikatesy. – Prowadzimy sklep od 1998 roku i nigdy aż tak źle nie było. Od grudnia zaczęliśmy wychodzić na zero. Jeśli kolejne miesiące przyniosą nam straty, będziemy musieli go zamknąć – zapowiada.
– Ludzie chodzą tylko do marketów, które dobrze prosperują, bo biorą z hurtowni dużą ilość towaru i mogą sobie negocjować ceny. My takiej możliwości nie mamy – dopowiada pani Agnieszka.

W nie lepszym humorze jest Irena Głod, właścicielka Sklepu „Aneri”. – Od grudnia mamy już mniejsze obroty, ludzie zaczęli liczyć każdy grosz i do naszego sklepu przychodzą tylko po najpotrzebniejsze artykuły, pozostałe robią w marketach, gdzie z pewnością jest taniej – mówi. – Gdyby nie sprzedaż alkoholu i papierosów nie wiem, jak dawalibyśmy sobie radę. Myślę o to by przebranżowić mój sklep i doposażyć go o odzież i inne produkty, może to nam pomoże przezwyciężyć kryzys i utrzymać się na rynku. Nawet sprzedaż przed świętami nie była już rewelacyjna.

– W naszej branży kryzys zaczął się już trochę wcześniej, kiedy młodzież zaczęła ściągać muzykę z internetu – podkreśla Paweł Drankowski, właściciel sklepu muzycznego „Demo”. – W swoim sklepie sam jestem szefem, pracownikiem i sprzątaczką przez co obniżam swoje koszty co pozwali mi się utrzymać na rynku. Przez cały czas próbuje nowych technologii i myślę, jakie podjąć działania, by w dalszym ciągu móc w obecnych czasach funkcjonować.
Pan Paweł uważam, że nie ma co biadolić i trzeba jakoś przetrwać ten trudny czas. Pozostaje optymistą: – specjaliści mówią, że najlepiej jest się odrodzić w kryzysie – podkreśla.

A co słychać poza miastem? – Ten kryzys nasza firma odczuwa podwójnie. Zajmujemy się przede wszystkim sprzedażą hurtową zegarków wysokiej jakości, które nie są produktami pierwszej potrzeby – mówi Jerzy Sempowicz, szef sklepu Sigma w Jeżowie Sudeckim. – Współpracujemy z importerami zachodnimi i na chwilę obecną bardziej opłacałoby mi się kupić te zegarki w sklepie, niż u importera, bo kredyty kupieckie monitorowane są w dolarach i spłacamy je po trzech miesiącach. A to oznacza, że jeśli zrobiłem zamówienie trzy miesiące temu, kiedy zaciągnąłem tzw. kredyt kupiecki to teraz muszę go spłacić. W związku z powyższym biorąc pod uwagę zmianę kursu wartości dolara, spłacam o około 40 procent więcej niż wyniosłoby mnie to trzy miesiące temu. Do moich towarów dopłacam więc co najmniej 20 procent i patrzę jak przybywają mi straty.
Jerzy Sempowicz nie zamierza jednak zamykać interesu, – Trudne czasy trzeba przetrwać – mówi. Już wie, że będzie musiał zrezygnować z wypoczynku zagranicą, ale na rynku musi się utrzymać.

Poważne problemy mają tez inne sklepy, których czynsz naliczany jest w euro, czyli markety przede wszystkim. Obecnie płacą one bowiem o wiele wyższy czynsz niż w latach poprzednich.

Nie brakuje też placówek, które kryzysu (jeszcze) nie odczuły. – Nie zauważyliśmy spadku przychodów ani ilości klientów – mówi Małgorzata Kubacka, dyrektor Empiku w Jeleniej Górze. – Ludzie kupują te same produkty o podobnych cenach – mówi Inga Szawłowska, kierownik Rossman na Wyszyńskiego. – Być może za jakiś czas, kiedy zubożeją, zaczną kupować tańsze szampony czy środki czystości, teraz tego jeszcze nie widać – dopowiada.

Specjaliści wróżą niestabilną przyszłość. – Katastrofy nie będzie, ale o eldorado możemy zapomnieć – mówi Marek Gawroński, ekspert do spraw handlowych w jednym z banków. – Zapowiada się trudna walka o handlowe być albo nie być, zwłaszcza niewielkich sklepów – podkreśla. Kłopoty mogą mieć sklepy przemysłowe sprowadzające towar z zachodu. Wszystko przez niestabilne kursy walut. Ze względu na popyt na elektronikę raczej nie padną, ale ich właściciele będą musieli mocniej zacisnąć pasa.

Przepraszamy firmę TIFFI za zamieszczenie zdjęcia nie dotyczącego tematu artykułu.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (39) Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group