• Czwartek, 5 grudnia 2019
  • Godz. 20:11
  • Imieniny: Krystyny, Sabiny, Saby, Edyty
  • Czytających: 8403
  • Zalogowanych: 18
  • Niezalogowany | Zaloguj | Rejestracja

Partytura Schaffera na czterech aktorów

Wiadomości: Jelenia Góra
Piątek, 28 grudnia 2012, 7:45
Aktualizacja: 10:47
Autor: Elster
Fot. PT
Wczoraj wieczorem (27 grudnia) w ramach Jeleniogórskiej Sceny Kabaretowej na scenie Teatru im. Cypriana Kamila Norwida wystawiono gościnny spektakl pióra Bogusława Schaeffera „Kwartet” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Znakomity aktorsko kwartet stworzyli: Jan Frycz, bracia Andrzej i Mikołaj Grabowscy oraz Jan Peszek.

Zanim Mikołaj Grabowski przejął dyrekcję krakowskiego Narodowego Starego Teatru po Jerzym Koenigu, w latach 1977-79 był „nadwornym” reżyserem jeleniogórskiego Teatru im. Norwida. Wówczas nie tylko z olbrzymim powodzeniem realizował tu swoje spektakle („Z głębokiej otchłani wołam” Stanisława Grochowiaka, „Gra miłości i przypadku” Pierrea de Marivaux, „Szelmostwa Lisa Witalisa” Jana Brzechwy, „Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza), ale również grał na tutejszej scenie.

Dokładnie 27 grudnia ub. r. Mikołaj Grabowski przyjechał (w towarzystwie brata Andrzeja i Jana Peszka) do Teatru im. Norwida wraz z widowiskiem „Scenariusz dla trzech aktorów” Bogusława Shaeffera, jednego z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku, awangardowego kompozytora i wybitnego teoretyka muzyki, który pasjonuje się także dramatopisarstwem. Teraz (także 27 grudnia), Grabowski powrócił z „Kwartetem”, drugą sztuką Shaeffera, która - grana od trzydziestu trzech lat na krajowych scenach - wciąż cieszy się powodzeniem.

Punktem wyjścia jest oczywiście koncert. Koncert rozpisany nie na instrumenty, lecz na dialogi i sytuacje, które wykonać mogą tylko aktorzy. Na scenę, która jest estradą koncertową, na tle opuszczonej kurtyny, wchodzą czterej muzycy, odziani w białe koszule i czarne ancugi. Postacie są tu niedookreślone. Odbywa się próba zestrojenia w jedność, w tytułowy kwartet, czterech ludzkich indywidualności (trwa tak długo jak cały spektakl), która z góry zresztą skazana na niepowodzenie. Za moment rozpocznie się koncert, a tu ciągle coś staje temu na przeszkodzie. A to chwilowy brak dyspozycji solisty, a to jakieś drobne niesnaski.

Spektakl przypomina grę wypełnioną żonglerką słowną, gestem i działaniem. Bez celebrowania poszczególnych kwestii i podkreślania ich jaskrawymi środkami wyrazu. Powstaje obraz świata zniewolonego naszą małością, konformizmem i uniformizacją. Nadbudowane są sytuacje sceniczne i zdarzenia teatralne. A wszystko po to, by zademonstrować instrumentalne możliwości teatru, w którym instrumentem jest aktor, a dźwiękiem: cisza, gest, ruch i słowo. Jest to więc swoista partytura wizualno-dźwiękowa i być może - operując terminologią muzyczną dałoby się określić cechy tego spektaklu, tworząc zabawną analogię z utworem muzycznym.

Wszystko sytuuje się na pograniczu teatru absurdu oraz kabaretu i groteski, improwizacji i precyzyjnie skonstruowanego mechanizmu działań aktorskich. A z poszczególnych luźnych obrazów i scenek (każda z osobna niewiele znaczy), cała konstrukcja układa się w specyficzny koncert orkiestry kameralnej.

Cały kwartet, w składzie: Jan Frycz, bracia Andrzej i Mikołaj Grabowscy oraz Jan Peszek, umie posługiwać się swoim głosem, ciałem i słuchem, a ponadto sytuacyjnym komizmem. Struktura sztuki pozwala aktorom na improwizację, co stwarza wiele niespodziewanych sytuacji. Widzimy na scenie aktorów grających nasze codzienne role - dyskusje, podczas których rozmówcy wolą mówić niż słuchać i stąd o wymianie myśli mowy być nie może, napuszone sądy o niczym, manipulowanie opiniami i uległość prowadzącą do uznania prostaka za geniusza. Bełkot na scenie jest totalną kpiną z międzyludzkiej komunikacji, z kontaktów czysto werbalnych, pozornych i zewnętrznych.

Aktorzy grają przede wszystkim siebie i żeby dotrzeć do prawdy muszą doskonale oszukiwać. Każdy z nich jest indywidualistą zdolnym do improwizacji i pokornym członkiem kwartetu. Dzięki niepowszedniej sprawności warsztatowej utwór Schaeffera brzmi czysto, uwodzi i rozbawia, po prostu istnieje. Cała czwórka aktorów stanowi doskonale zgrany organizm, funkcjonujący na wzór instrumentów muzycznych utrzymujących właściwy rytm i melodię. Ten zbiorowy wysiłek jest w przedstawieniu widoczny.

W Schaefferowskim szaleństwie jest metoda. Czterej bohaterowie tego przedstawienia odkryli przed nami nie tylko parę tajemnic własnej profesji, skarykaturowali nie tylko siebie, ale i nas. Efektem stała się znakomita zabawa, podczas której nie ma czasu na zastanawianie się, z kogo się tu właściwie śmiejemy. Mądry widz, oglądając „Kwartet”, śmieje się nie tylko z ekshibicjonizmu aktorów, ale też i z samego siebie.

Ogłoszenia

Czytaj również

Komentarze (2) Dodaj komentarz

~ 28-12-2012 9:03
swietny nie starzejacy sie spektakl ,ciagle mlodzi aktorzy pelna sala naszego teatru czego chciec jeszcze.
~Widz 28-12-2012 11:45
Najlepszy z nich i tak był Frycz. Szkoda, że aktor od jakiegoś czasu rozmienia się na drobne rolami w pseudofilmach.

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2019 Highlander's Group